Piotr Sobota: Niewiele możemy zdziałać w sprawie Domu Polskiego we Lwowie

Udostępnij:
Piotr Sobota (z lewej) podczas jednego z wywiadów. Na zdjęciu: z senatorem Łukaszem Abgarowiczem obok odnowionego za pieniądze Senatu RP Sanktuarium Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny w Bołszowcach na Ukrainie (zdjęcie archiwalne).
 Piotra Sobotę , rzeszowskiego dziennikarza radiowego, częściej można spotkać z mikrofonem we Lwowie niż w Rzeszowie. Za swoją wieloletnią pracę dziennikarską otrzymał sporo nagród. Ostatnio uhonorował go Światowy Kongres Kresowian „za przywracanie narodowej pamięci, prawdy o polskich Kresach”. Uroczystość miała miejsce podczas XXIII Światowego Zjazdu i Pielgrzymki Kresowian na Jasnej Górze.

Piotr Samolewicz: – Ile zrealizowałeś audycji we Lwowie i na Ukrainie?

Piotr Sobota: –  Na swoim kanale You Tube Piotr Sobota Moje Polskie Radio [https://www.youtube.com/channel/UCqMMFCl0IhMFxlvkyCuhACA] mam około 90 relacji. Zamieściłem nagrania z rozgłośni Polskiego Radia w Rzeszowie i w Katowicach oraz z lwowskiego radia Nezależnist, w którym funkcjonuje audycja w języku polskim – potocznie znana jako Radio Lwów. Czas antenowy polskiej rozgłośni opłacany jest przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

– Najcenniejszy twój materiał?

– Trudno powiedzieć. Pasjonuję się dziennikarstwem, dlatego że skończyłem filozofię. Może to zabrzmi górnolotnie, ale naczelna zasada, jaką się kieruję w pracy zawodowej, brzmi: „Amicus Plato, amicus Socrates sed magis amica veritas” Arystotelesa (łac. „Przyjacielem jest mi Platon, przyjacielem jest mi Sokrates lecz największym prawda”). W dziennikarstwie zawsze szukam prawdy. Traktuję pracę dla Polskiego Radia jako formę patriotyzmu. Nie wiem, jaka moja relacja była najcenniejsza. Może z Majdanu, a może rozmowa z urzędniczką z wydziału kultury Urzędu Miasta Lwowa, gdy w mieście tym chciano zorganizować koncert z okazji 70. rocznicy utworzenia dywizji SS Halyczyna. Powstał rwetes, pojechałem do Lwowa, i dzięki m.in. mojemu nagraniu udało się ten koncert zablokować.

Osobiście lubię moją relację z 200- lecia lwowskiej „Magdusi”, czyli szkoły im. św. Marii Magdaleny. Dostałem za nią drugą nagrodę na międzynarodowym konkursie dziennikarskim między innymi pod patronatem SDP. Poza tym moja prababcia chodziła do „Magdusi”.

 –  Z merem Lwowa Andrijem Sadowym często  rozmawiasz?

– W zasadzie z dwoma merami. Był taki zastępca mera Wasyl Kosiw, z którym przeprowadziłem wywiad na temat palących tematów, np. Domu Polskiego we Lwowie, który od 27 lat powstaje i powstać nie może. Zapytałem pana Kosiwa o ten Dom, on odpowiedział, że wszystko jest już gotowe, że są już działki. Zostaje tylko kwestia przeprowadzenia zmian własnościowych. I było to w 2013 roku. Domu Polskiego nadal nie ma. Zapytałem mera Kosiwa, skąd tak dobrze zna język polski? Odpowiedział, że oglądał w polskiej telewizji Smerfy. Na następny wywiad z wicemerem Lwowa zjawiłem się ze Smerfami na DVD, z polskim lektorem.

Jeśli chodzi o Andrija Sadowego, to ma dziś wielkie polityczne problemy z powodu domniemanej korupcji. Wysuwa się przeciw niemu zarzuty, że zniknęły  państwowe pieniądze przeznaczone na modernizację wysypiska śmieci dla  Lwowa, gdzie cały czas istnieje groźba katastrofy ekologicznej. Pan mer broni się, mówiąc, że atakuje go partia Samopomoc, którą stworzył i wprowadził do parlamentu, a która przeszła do opozycji. Samopomoc, tu wyjaśnię, to trzecia siła w ukraińskim parlamencie.

– Sadowy jest merem Lwowa od wielu lat. Czemu zawdzięcza to stanowisko?

– Mogę tylko powiedzieć, że jest bardzo medialny, wysportowany. Gdy byłem na 200-leciu szkoły im. św. Marii Magdaleny we Lwowie, to wyszedł sprężystym krokiem jak aktor i wręczył nagrody nauczycielom „Magdusi”. I to się bardzo spodobało. Słyszałem taką wersję, że pan Sadowy zawdzięcza popularność polskim dziennikarzom. Nie uważam, żeby tak było. Mer Sadowy jest bardzo sprytnym graczem, wie kiedy podsycać emocje społeczne i potrafi je wykorzystywać dla siebie.

– Czy polityk ten gra na narodowościowych i nacjonalistycznych emocjach?

– Pan Andrij Sadowy nie ukrywa, że jest Ukraińcem i na czym ta ukraińskość się opiera. Na zachodniej Ukrainie powszechne jest granie na emocjach, o których wspomniałeś. Pan Andrij Sadowy bierze udział w manifestacjach przed pomnikiem Stepana Bandery, ale to go w niczym nie wyróżnia, bo takie są nastroje na Ukrainie.

– A co można zrobić, by wreszcie powstał Dom Polski we Lwowie?

– Jakoś nic nie możemy w tej dziedzinie zdziałać.

– Chodzi o zwrot budynku czy ma powstać nowy?

– Już się w tym pogubiłem. Chyba mają powstać dwa domy polskie. Jeden miał zostać wyremontowany w koszarach przy ul. Szewczenki, ale pojawiły się problemy. A to ziemia należała do wojska, a to minister obrony musiał przekazać tę działkę miastu, a to rada miasta musiała podjąć decyzję o zwrocie. Ślimaczyło się to i ślimaczyło. Widziałem film, na którym było utrwalone wmurowanie kamienia węgielnego pod budowę nowego Domu Polskiego. Dziwna sprawa, bo w niedalekim Iwano-Frankiwsku już dawno powstał Dom Kultury Polskiej i Dialogu Europejskiego. Skład rady  miasta Iwano-Frankiwska był podobny politycznie do lwowskiej, a mimo tego nie było takich problemów. Lwowscy radni na blokowaniu Domu Polskiego i innych inicjatyw polskiej społeczności próbują prawdopodobnie zdobywać głosy ukraińskiego elektoratu. Tam jest bieda, politycy nie mogą obiecywać obywatelom polepszenia bytu, ale mogą przynajmniej zagrać Polakom na nosie, i to się sprzedaje.

– Zwrot Domu Ukraińskiego w Przemyślu nie pomógł?

– Rozdzieliłbym te przypadki, ponieważ Narodnyj Dim w Przemyślu powstał ze składek obywateli polskich narodowości ukraińskiej, więc sprawiedliwości stało się zadość. Natomiast jakby miał wyglądać zwrot Domu Polskiego we Lwowie?  Cała sprawa zmierza w kierunku nowego Domu Kultury Polskiej i Dialogu Europejskiego tak jak w Stanisławowie.

Polacy we Lwowie nie mają gdzie działać. Gdy zajrzałem  do siedziby Towarzystwa Kultury Polskiej  Ziemi Lwowskiej przy Rynku podczas jakiejś reorganizacji, zobaczyłem maleńkie pomieszczenie zawalone pudłami, nie było gdzie się ruszyć. Choć polscy lwowiacy chcą krzewić kulturę polską, chcą się rozwijać, nie mają w mieście nad Pełtwią takiego miejsca.

– Jak liczna jest ta społeczność?

– Liczy około 60 tysięcy.

– I 60 tysięcy osób nie ma miejsca dla rozwoju swojej kultury?

– Przez Fundację Pomoc Polaków na Wschodzie są wykupione pomieszczenia przy ul. Rylejewa, gdzie funkcjonuje polska redakcja Radia Lwów, a na górze polski konserwator z pałacu Potockich, pan Marian Baranowski,  wyremontował swoimi siłami  strych, na którym działa teraz galeria Lwowskiego Towarzystwa Sztuk Pięknych „Własna Strzecha”. Odbywają się w niej różne spotkania i wernisaże.

– A jak wygląda sytuacja polskiego kościoła pw. św. Marii Magdaleny we Lwowie?

–  Lwów miał ok. 150 kościołów. Podczas władzy sowieckiej funkcjonowały tylko trzy, w latach 60. został zamknięty kolejny, właśnie św. Marii Magdaleny. Świątynia została przerobiona na salę organową, bo władza sowiecka uznała, że studenci, którzy w drodze na politechnikę przechodzą obok kościoła, niszczą swój materialistyczny światopogląd. W kościele tym stoją ławki, w których są ruchome oparcia. Podczas mszy św. obracają się w jedną stronę, a podczas koncertu w drugą. Jako jeden z niewielu dziennikarzy zrobiłem  wywiad z ukraińskim dyrektorem sali organowej, panem Julianem Winnickim (to nie jest rodzina posła z  Ruchu Narodowego), i on był oburzony, bronił się, że on nic złego nie robi, a przecież w tym kościele w kaplicach zamienionych na toalety są zamalowane farbą olejną cenne freski Jana Henryka Rosena, artysty, który, przypomnijmy, wykonał dla papieża Piusa XI dwa  malowidła w Castel Gandolfo. Rozmawiałem z pewną polską konserwator zabytków i ona mi powiedziała, że Rosen malował temperą, techniką, która nie przylega ściśle do muru. Dlatego freski Rosena, jako że zostały pokryte farbą olejną, przy konserwacji mogą odpaść. Rozmawiałem też z naszymi dyplomatami, wiadomo, że jeśli Ukraińcy oddadzą kościół, to Polska da wówczas pieniądze na renowację tych bezcennych fresków.

Jest pewna lwowska pani adwokat, która zajmuje się  społecznie zwrotem kościoła św. Marii Magdaleny. Wyjaśniła mi, że z tym kościołem jest kilka problemów. Na  Ukrainie jest tak, że gdy prowadzi się proces majątkowy, to na każdym etapie trzeba wpłacać wadium, odpowiednie do wartości nieruchomości. Są to potężne kwoty.

Obecnie sytuacja wygląda tak. Zarządcą budynku kościoła  jest miasto Lwów. Wynajmuje ono kościół sali organowej, a sala organowa podnajmuje pomieszczenie dla parafii. Tutaj trzeba podkreślić, że nie chodzi o zwrot kościoła św. Marii Magdaleny na rzecz polskiej społeczności, ale na rzecz Kościoła  katolickiego, do którego należą nie tylko Polacy, ale także Ukraińcy, Ormianie i Żydzi.

– Znasz Lwów jak własną kieszeń. Czy są jednak miejsca, do których jeszcze nie dotarłeś?

– Nie byłem jeszcze  w ogrodzie botanicznym Uniwersytetu Lwowskiego. Gdy chciałem go zwiedzić, nie wpuściły mnie do niego dwie babcie, strażniczki. Jedna z nich powiedziała, że nie wpuści mnie, bo jest wojna na Ukrainie. Ja się pytam, a jaki to ma związek? Ona odpowiada, że ludzie giną. Zacząłem naciskać. Okazało się, aby odwiedzić ogród, trzeba  mieć zgodę dyrektora. Pani nie dała mi telefonu do niego. A ten ogród normalnie można zwiedzać tylko jeden dzień w roku. Koniecznie trzeba zobaczyć austriacką cytadelę, gdzie mieści się teraz niemiecki bank. Główny budynek cytadeli był otoczony czterema mniejszymi wieżami. W jednej jest hotel. Ciekawe rozwiązanie, gdyż wieża jest okrągła i można przechadzać się korytarzami dookoła wieży. Chciałbym w końcu dotrzeć do ostatniego miejsca, gdzie na powierzchni płynie podziemna rzeka Pełtew. Nieodżałowany Witold Szolginia pisał, że miejsce, gdzie do lat siedemdziesiątych ub. wieku wypływała jeszcze Pełtew, wyschło. Było to gdzieś na  Pohulance. Na pewno chciałbym jeszcze zobaczyć freski według projektu Matejki, powstałe pod jego nadzorem w murach Politechniki Lwowskiej.

© Wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze kopiowanie w części tylko z podaniem źródła.

Udostępnij:

Leave a Reply