Kamienne anioły Thomasa Wolfe’a

Udostępnij:
Thomas Wolfe (1900-1938). Fot. domena publiczna

Choć Thomas Wolfe (1900-1938) należy do plejady  najwybitniejszych XX-wiecznych amerykańskich pisarzy, w Polsce jest o nim głucho. Po 1989 roku na fali wydawniczego boomu ukazał się jedynie zbiór opowiadań Tylko umarli znają Brooklyn, gdy tymczasem w PRL na przełomie lat 50. i 60. oficyny Czytelnik i PIW wydały kilka pozycji Amerykanina, w tym jego najważniejszą powieść Spójrz ku domowi, aniele. W 2016 roku na ekranach naszych kin pojawił się film o pisarzu pt.  Geniusz, ale przeszedł bez echa. Jestem ciekaw, czy w tym roku, kiedy przypada okrągła rocznica śmierci Wolfe’a, jakieś wydawnictwo przypomni coś z jego dorobku.

Pisarz urodził się w niezamożnej, wielodzietnej rodzinie w Asheville w Północnej Karolinie; dzieciństwo i młodość spędził w szkocko-irlandzkim środowisku protestanckim. Jego ojciec był kamieniarzem, mistrzem rzeźb nagrobnych, matka prowadziła pensjonat i handlowała nieruchomościami. Ponieważ pisarstwo Wolfe’a ma wybitnie autobiograficzny charakter, a powieść Spójrz ku domowi, aniele, w której zobrazował swoje miasto i wielu jego mieszkańców, wręcz wywołała skandal z powodu niedyskrecji pisarza, wiele wiadomo na temat życia jego i jego rodziny. Zamiłowanie do literatury i poezji Thomas odziedziczył po ojcu, który potrafił recytować z pamięci amerykańskich i angielskich klasyków, przede wszystkim Szekspira. Postać uzdolnionego, ale jednocześnie uzależnionego od „boga w butelce” ojca bardzo zaważyła na losie całej rodziny, w której panował emocjonalny chaos. Na kształt charakterów dzieci i ich upodobania do używek wpłynęły też kłótnie między rodzicami oraz postać matki  – kobiety, która z czasem bardzo oddaliła się od męża i dzieci i wszystko zaczęła mierzyć ilością zarobionych dolarów.

Młody Thomas był introwertykiem, prowadził życie do wnętrza, od najwcześniejszych lat przejawiał zamiłowania do książek, skończył stanowy uniwersytet a potem dramatopisarstwo na uniwersytecie Harvarda. Literaturze poświęcił się za namową Alice Bernstein, o wiele od niego starszej i zamężnej kobiety, z którą także nawiązał romans. Powieść Spójrz ku domowi, aniele napisał w wieku 29 lat. Książkę zaczął  tworzyć w Londynie w 1926 roku, a skończył w Nowym Jorku. Wydał ją dzięki pieniądzom Alice Bernstein.

Wolfe zasługuje na miano pisarza totalnego, zachłannego na zapamiętywanie i odtwarzanie wszelkich zmysłowych doznań, kolorów i zapachów dostarczanych przez pory roku, bogactwo amerykańskiej przyrody i krajobrazu, krzyżujące się wiatry, drogi i  ludzkie namiętności. Pisarza totalnego także i dlatego, bo nie uznającego różnicy między życiem a literaturą. Pisarza zakochanego w amerykańskim Południu, w jego niepowtarzalnej przyrodzie i w konfederackiej mentalności („każdy z nas ma własną Amerykę, własny jej odcinek” – pisze w jednym z opowiadań), a jednocześnie wyrzekającego się arystokratycznej tradycji Południa na rzecz demokratyzmu i liberalizmu Północy. Pierwsza wielka powieść Wolfe’a jest jak Ulisses Joyce’a – na wskroś antyheroiczna, bo nie mówiąca o rzeczach wielkich czy wspaniałych, ale drobnych, często mało chlubnych. Trzeba nauczyć się czytać Wolfe’a, bo jego proza biegnie bardzo kapryśnie, wg znanej tylko pisarzowi zasady „filozofii przypadku” oraz klucza powtórzeń i retardacji – nie przestrzega dyscypliny miejsc, czasu i postaci, często zatapia się w peanach na cześć przyrody i wikła się w drobne ludzkie historie oraz historiozoficzne i literackie dygresje, by za kolejnym zakrętem jednak zademonstrować, że oś czasu jest trzymana w linii prostej, biegnie od dzieciństwa głównego bohatera – Eugeniusza Ganta – do podjęcia studiów na Harwardzie. Wolfe eksperymentuje z  dialogami (błyskają jak flesze); często zmienia stopnie identyfikacji narratora z głównym bohaterem, przybierającego nawet postać wszechwiedzącego eterycznego ducha, za czym idą częste zmiany stylu od wzniosłego, poetyckiego po niski, skrótowy, ironiczny. Opisywany świat przypomina zamieszkały przez duchy, dziwaków, pijaków i kobiety lekkich obyczajów zaczarowany ogrodu, po którym wędrówka ma coś ze snu i halucynacji. Na zakończenie tej podróży czytelników czeka wspaniała scena budzących się do życia w warsztacie ojca Eugeniusza Ganta kamiennych aniołów, scena na wskroś filmowa:

Wewnątrz warsztatu Ganta zabrzmiał tupot marmurowych stóp. (…) tam, gdzie przez wysokie okno w bocznej ścianie wlewał się do warsztatu blask księżyca, aniołowie przechadzali się jak ogromne nakręcone lalki z kamienia. Długie, zimne fałdy ich szat podzwaniały kruchym brzękiem, ich pełne piersi poruszały się w kamiennym rytmie; w powietrzu nasyconym blaskiem księżyca fruwały brzękając skrzydłami marmurowe cherubiny. Na zalanej białym blaskiem podłodze pasły się sztywno, z zimnym beczeniem, marmurowe baranki.

Udostępnij:

Leave a Reply