Niezbyt dobra sytuacja. Genialna komedia Sally Potter!

Udostępnij:
Fot. materiały prasowe.

Jaka jest duchowa kondycja europejskiego establishmentu? Sądząc po filmie wybitnej brytyjskiej reżyserki Sally Potter Party, kiepska. Reżyserka stopniem nasilenia czarnej groteski i zapętlenia personalnych konfliktów nawiązuje do znanej Rzezi Romana Polańskiego. Ale nie osiągnęłaby sukcesu, gdyby nie czyniła także aluzji do innego dzieła – Inwazji barbarzyńców (2003) kanadyjskiego reżysera Denysa Arcanda. Dzięki temu drugiemu odwołaniu Party zyskuje na rewelacyjnych znaczeniach.

Zapowiada się na frywolną mieszczańską farsę, ale film stuprocentową farsą nie jest. Owszem, erotyka krąży po mieszkaniu głównych bohaterów, ale raczej jak ciężka mucha niż powabny motyl. Są też ślady klasycznego angielskiego kryminału z  mordercami z doborowego towarzystwa, ale i one nie naprowadzają na trop, czym jest w istocie Party. Film zapowiada się też na czarną komedię obnażającą zakłamanie klasy średniej, podobną do Rzezi Polańskiego wg sztuki Yasminy Rezy. Ciepło, ciepło, bardzo ciepło… Ale gorąco robi się dopiero wtedy, gdy przyrównamy film Sally Potter do dzieła Denysa Arcanda z 2003 roku Inwazja barbarzyńców o przedstawicielach pokolenia 1968 roku, którzy niewiele mają do zaoferowania swojemu umierającemu przyjacielowi, jak tylko eutanazję z kielichem wina w dłoni. Bez tego odwołania łatwo można przeoczyć sens komedii Sally Potter.

Obsada aktorska jest doborowa. Każdy aktor kreuje określony  typ postaci na zasadzie kontrastu, wydobywając śmieszność i żałosność pełnionych przez nich ról społecznych. Arystokratyczna Kristin Scott Thomas występuje w roli gospodyni przyjęcia, które zwołała, by uczcić swój awans na ministra zdrowia. Co z tego, że tylko w opozycyjnym gabinecie cieni, liczy się, że robi zawrotną karierę w przeciwieństwie do męża intelektualisty. A gra go znany z filmów Mike’a Leigh Timothy Spall. Aktor przyzwyczaił widzów do swojej nadwagi, tutaj jest niepokojąco szczupły i non stop sączy wino przy muzyce płynącej z analogowych płyt. Bill, tak mu na imię, psuje humor żonie i gościom, gdy oświadcza, że jest śmiertelnie chory. Szykowna amerykańska aktorka Patricia Clarkson odtwarza postać najbliższej przyjaciółki pani domu. Za grosz nie ma szacunku do męża (niemiecki aktor Bruno Ganz). Ten pracuje jako modny osobisty trener, co nie przeszkadza mu wierzyć w buddyjską karmę. Przystojny, będący na topie Irlandczyk Cillian Murphy gra natomiast bogatego finansistę, który co rusz wpada do toalety, by wciągnąć nosem biały proszek. Są jeszcze dwie lesbijki (Cherry Jones i Emily Mortimer). Młodsza za przyczyną cudu zapłodnienia in vitro spodziewa się trójki (!) chłopców, co z kolei zaczyna niepokoić starszą partnerkę, że zostanie odsunięta przez młodą matkę na bok. Żadna z postaci nie wzbudza sympatii. Kobiety są agresywne wobec mężczyzn, lekceważą ich. Mówią tylko o karierze i zdobywaniu władzy. Pani domu zamiast zająć się przyjęciem, cały czas odbiera telefon od tajemniczego adoratora. Jej mąż, zdeklarowany ateista, w obliczu śmierci traci wiarę w materializm, jakby tego było mało, wznieca burzę wyznaniem, że ma kochankę, a jest nią… Zemsta wisi w powietrzu.

Sally Potter ma w dorobku wiele wybitnych filmów. Sławę zdobyła bardzo malarską, wyrafinowaną adaptacją prozatorskiego poematu Virginii Woolf Orlando o płynnej naturze tożsamości seksualnej. Najnowszym filmem zdaje się jeśli nie rewidować dotychczasowe poglądy, to na pewno stawia znak zapytania przy radykalnym feminizmie i niezależności nowoczesnych kobiet. Zakłócona seksualność burzy porządek filmowego przyjęcia, towarzyski rytuał nie może się dopełnić, przyjmowane do tej pory przez uczestników spotkania pozy w obliczu takich fundamentalnych spraw, jak śmierć, wierność drugiej osobie, macierzyństwo, wydają się być puste i śmieszne. Bo nawet lesbijka o dłuższym stażu przyznaje się, że w młodości podobali się jej mężczyźni i sypiała z nimi. Zagrana przez Patricię Clarkson  przyjaciółka pani minister  powtarza hasła o wyczerpaniu się demokracji parlamentarnej, o konieczności użycia radykalnych środków.  A te symbolizowane są przez przyniesiony przez bankowca pistolet. Czarno-białe zdjęcia nie tylko stylizują film Sally Potter na kryminał retro, ale i wydobywają z twarzy postaci wszystkie zmarszczki oraz rysy na powierzchni ich życia. Opowiedziana przez Sally Potter groteskowa historyjka świadomie jest przesiąknięta wzmagającą się z każdym słowem przemocą psychiczną. Goście, choć się spotykają w wygodnym mieszkaniu, coraz bardziej stają się zakładnikami swoich zużytych jak stara płyta poglądów. Więźniami w świecie absolutnej wolności.

Zazwyczaj to filmowcy przenoszą dzieła literackie i sztuki teatralne na ekran. W tym przypadku jest odwrotnie. Scenariusz Sally Potter jest wybornie sceniczny i na pewno wcześniej  czy później zainteresują się nim reżyserzy teatralni. Nim się tak stanie, koniecznie trzeba obejrzeć Party w kinie.

The Party (71 min), Wielka Brytania 2017, scen. i reż. Sally Potter, polska premiera: 5 stycznia 2018.

Udostępnij:

Leave a Reply