Stalinizm i magia. Recenzja „Zimnej wojny”

Udostępnij:
Złotopalmowa „Zimna wojna”. Fot. materiały prasowe/Kino Świat

„Wszyscy jesteśmy jak dzieci. Jak głupie, oszalałe dzieci” –  słowa te pochodzące z kultowego już dziś filmu Tadeusza Konwickiego Ostatni dzień lata (1958) z powodzeniem mogłyby posłużyć za motto obrazu Pawła Pawlikowskiego, który podobnie jak nieżyjący pisarz opowiada o miłości niemożliwej, fatalnej, na której cieniem kładzie się wojenna przeszłość.

W filmie Pawlikowskiego najciekawsza jest sfera zasłon i  przemilczeń, bo, to co widoczne aż nadto magnetyzuje widza. Przed oczami wirują pary; z  wszystkimi odcieniami bieli i czerni współbrzmi przebogata ścieżka muzyczna. Narracja wizualna splata się z audio, obie na siebie wpływają, uzupełniają, współtworzą znaczenia. Najpierw zdjęcia ludowych muzyków. Brudne ręce, liche odzienia, zniszczone twarze, niesamowite głosy. O czym śpiewają? Głupie pytanie, o miłości przecież nieszczęśliwej. Kobiety i mężczyźni, grajkowie i chórzyści uczestniczą w idącym przez wieki, od pradziejów, pochodzie ludowych pieśniarzy osładzających zwykłym śmiertelnikom życie na ziemskim padole. Pradawność szczególna, bo rzecz dzieje się w Polsce powojennej. Komuniści  budują nowy materialistyczny ustój, ale nie mogą do końca obejść się bez tradycji, by nie utracić „ludu”. Wiktor z koleżanką jeżdżą po wsiach, rejestrują autentyczne melodie, prowadzą nabór do zespołu pieśni i tańca. Gdy podczas tych peregrynacji mężczyzna poznaje jasnowłosą nimfę, daje się zaczarować jej głosowi, urodzie i temperamentowi. Jak romantyczny bohater traci swoje „ja”, daje się zawłaszczyć przez boginkę z pogranicza realnego i pozaziemskiego. Stalinizm i magia.

„Polska” część  filmu, czyli od momentu poznania się Wiktora i Zuli, po jego ucieczkę z kraju, jest najpiękniejszą figurą w tym filmowym tańcu. Spójna artystycznie, znakomicie zrytmizowana, z dialogami będącymi jedynie przypisami do magicznych obrazów. Gdy para się rozstaje – on ucieka przed swoją przeszłością na Zachód, ona zostaje w kraju, bo nie wierzy w siebie, nie wierzy w to, by mogła się odnaleźć daleko poza domem – zaczyna się druga część fabuły: berlińska, paryska i bałkańska. Wiktor wiedzie cygańskie życie  – gra w różnych konfiguracjach i miejscach, także komponuje muzykę do kina. I tęskni za Zulą. A ona jest jak filmowy cień, nieuchwytna, ulotna. Zula reprezentuje typ kobiety dziecka, niebezpiecznej femme fatale, a używając języka psychologii jest osobowością graniczną, rozdartą między pragnieniem wielkiej miłości a lękiem przed nią. Zula ma problem z poczuciem własnej wartości, wpatrzona w „lustereczko powiedz przecie” nie jest w stanie trwale uchwycić obrazu swojej osoby, a ponieważ stan rozmycia jest dojmujący, bierze ją w posiadanie, dziewczyna ucieka w konfabulacje, w przeróżne aktorskie gry i sztuczki. Stąd sceny zazdrości, jakie robi Wiktorowi, teatralne gesty, wymyślanie coraz to nowych kochanków i mężów. Stąd autodestrukcyjna skłonność do używek. Kino coraz częściej zajmuje się tego typu osobowościami, że przypomnę Przerwaną lekcję muzyki Jamesa Mangolda z 1999 roku, czy też Dalidę z 2017 roku.

„Zagraniczne” partie Zimnej wojny są kawiarniane, jazzowe. Reżyser pokazuje życie artystów żyjących z niczego, czyli muzyki. Jazz, kłęby dymu, alkohol, wolność mają uwodzicielski urok Zuli, która co jakiś czas spotyka się z uciekinierem. Ostatni, trzeci akt Zimnej… jest najsłabszy. Dramatyzm nagle opada, dynamika emocjonalna więdnie. Reżyser nie wie, jak dopełnić dramat kochanków, jaki przypisać mu sens. Zwieńczeniem tej bezradności jest mało prawdopodobne zakończenie.

W latach 50. ub. wieku, w okresie polskiej szkoły filmowej, powstało kilka wybitnych obrazów traktujących o młodych ludziach, nie umiejących nawiązać bliskich relacji z powodu niedawnej wojny, uwięzionych przez tragiczną przeszłość. O tym opowiadają Ostatni dzień lata i Zaduszki Konwickiego. Wątek niespełnionej miłości należy do ważnych także w Popiele i diamencie Wajdy, Pociągu Kawalerowicza i w filmie Nikt nie woła Kutza.

W Ostatnim dniu lata niewymienieni z imion kobieta i mężczyzna spotykają się na pustej, bałtyckiej plaży. Szumiące morze składa im obietnice czegoś nowego, życiodajnego. Oboje, a na pewno on, chcą się odrodzić w morskim żywiole, zmyć z siebie pył przeszłości. Mężczyzna w przypływie impulsu wchodzi do wody, tyle że nie umie pływać… Nad głowami dwójki przelatują odrzutowce, przypominają o wojnie, dziurawią myślenie życiowych rozbitków. U Pawlikowskiego Bałtyk został zamieniony na sztukę i muzykę. Młodzi chcą się „ochrzcić” przez zanurzenie w sztuce, tyle że okazuje się to niewykonalne, zabójcze.

Pawlikowski nawiązuje do polskiej szkoły filmowej w tym, co określiłem na początku sferą niedomówień. O Wiktorze wiadomo tylko tyle, że dźwiga jakiś bagaż wojenny. Jaki?  Może brał udział w konspiracji, otarł  się o śmierć, wyszedł z wojny z piętnem holokaustu? Jedno jest pewne, jest sierotą, nie ma   rodziny. Młodsza od niego Zula ma inne doświadczenia. Dziewczyna dorastała podczas wojny. Wisi nad nią mroczne fatum, bo zabiła ojca, który „pomylił ją z matką”. Zula w momentach kryzysu zarzuca Wiktorowi, że za mało w nim  faceta (czyżby wojna pozbawiła go męskości?). Bohaterowie Zimnej wojny podobnie jak Popiołu i diamentu przebywają w zdesakralizowanej przestrzeni. Pawlikowski czyni odwołanie do filmu Wajdy przywołując dwa razy pustą, zrujnowaną cerkiew. W tej przestrzeni  kochankowie dokonują aktu zaślubin przed własnym, osobistym bogiem. Pogańskie profanum wypiera sacrum. Świat jest odwrócony do góry nogami, jeszcze długo nie odzyska harmonii. 

Wielką narrację odnajduję w Zimnej… tylko na metafilmowym poziomie. Natomiast linearnie ułożonej  historii Wiktora i Zuli można zarzucić braki w ukazaniu emocjonalnej motywacji bohaterów, to, że reżyser nie pokazał faz rozwoju ich uczucia. Epizodyczność narracji nie skłania do zadumy i nie ułatwia zawiązania trwalszej więzi z bohaterami. Ich dramat jest przedstawiony w locie, w znikaniu i odnawianiu się, w jakże dzisiejszej migotliwości wrażeń i uczuć, co mogło się spodobać w Cannes. Pawlikowski zrealizował bardzo interesujący, miejscami genialny poetycki dramat o miłości, ale nie melodramat na miarę Casablanki. Trudno w tym materiale znaleźć historię, która by zamieniła się w wielki filmowy mit. Ale mam świadomość, że ostatnie zdanie w tym względzie należy do czasu.

Zimna wojna, Polska, Francja, Wielka Brytania 2018 (dramat 89 min), reż. Paweł Pawlikowski, scen. Paweł Pawlikowski i Janusz Głowacki, w rolach głównych:  Joanna Kulig, Tomasz Kot, Borys Szyc, Agata Kulesza, polska premiera: 6.06 2018.

Udostępnij:

Leave a Reply