Ewa Bukowska ma wielki talent. Recenzja „53 wojen”

Udostępnij:
Bardzo prawdziwa gra Magdaleny Popławskiej w „53 wojnach”. Fot. materiały prasowe/ Next Film.

Gdy 30 lat temu na ekrany polskich kin wszedł Krótki film o zabijaniu Krzysztofa Kieślowskiego, krytycy chwalili reżysera i operatora Sławomira Idziaka za przełożenie na język obrazu bezdusznej atmosfery zbrodni. Idziak stosując przeróżne filtry wykreował zdeformowany obraz Warszawy końca lat 80., sugestywnie oddający stan emocji głównego bohatera, zagranego przez Mirosława Bakę młodego zabójcy taksówkarza. Dziś to samo możemy powiedzieć o debiucie fabularnym Ewy Bukowskiej 53 wojny. Film nie szarpałby nerwów, gdyby nie nowatorskie zabiegi operatora na planie filmowym oraz w postprodukcji obrazu.

Opowiedziana historia zaczyna się w latach 90. ub. wieku, które tryskały w Polsce mimo wszechobecnej tandety pozytywną energią zmian ustrojowych, gotowością ludzi do wyrzeczeń. Z tej pozytywnej energii w filmie Ewy Bukowskiej zostały tylko strzępy. Nie kipi optymizmem, bo nie może, dotyczy przecież cierpienia pewnej kobiety, Anny – żony znanego korespondenta wojennego Witka. Mąż często opuszcza rodzinę, wyjeżdża w różne zakątki świata, w których obfite żniwa zbiera śmierć. Miłość do męża sprawia, że kobieta coraz bardziej czuje się opuszczona, popada w ciężką melancholię. By pokonać niezdrowe stany, zaczyna myślami i emocjami towarzyszyć mężowi podczas jego reporterskich wypraw, psychicznie  katapultuje się w rejony walk. Pomagają jej w tym telewizyjne migawki. Telewizor pełni rolę pomostu między żoną przebywającą w warszawskim mieszkaniu a mężem zbierającym materiały na dziennikarskim froncie.

Cierpienie i choroba psychiczna nie są fotogeniczne, gdyż przynależą do krainy cienia. Ludzkiemu bólowi nie towarzyszą klasyczne kategorie estetyczne. Ani piękno, ani brzydota. Dlatego reżyserka dokonała trafnej decyzji, porzucając klasyczny, czysty styl operatorski, na rzecz symulowania reporterskiego, prawie że wojennego stylu filmowania. Postać Anny jest często ucięta, niepełna, obraz jest zamazany, niedoświetlony. Pogłębiające się u Anny stany chorobowe odbijają się jak w zabrudzonym lustrze: kadry są zdeformowane, mało ostre. Obrazy stanowiące ekwiwalent przeżyć bohaterki często zlewają się ze skaczącym telewizyjnym ekranem. Reporterska wiwisekcja paradoksalnie sprawia, że reżyserka osiąga czystość swoich intencji: nie zależy jej ani na estetycznym przekłamywaniu rzeczywistości, ani na szokowaniu, czy też  tandetnym podpatrywaniu czyjegoś bólu. Mimo że pokazuje wiele, tak wiele, że wrażliwe osoby mogą mieć  z tą psychodramą nie lada kłopot, zachowuje szacunek dla swojej bohaterki. Nie zamienia jej w obiekt taniego voyeryzmu  (to także zasługa bardzo prawdziwej gry aktorskiej Magdaleny Popławskiej). Narracja jest bardzo płynna, obrazy zlewają się w jeden strumień, w którym podziały na pory dnia i roku nie odgrywają ważniejszej roli. Czas realny, fizyczny zostaje zastąpiony przez czas wewnętrzny Anny. Świat zabarwia się jej cierpieniem.

Historia jest autentyczna. Anna to Grażyna Jagielska, żona Wojciecha Jagielskiego, wieloletniego korespondenta wojennego „Gazety Wyborczej” i PAP, autora wielu znakomitych książek, prawdziwego następcy króla reportażu Ryszarda Kapuścińskiego. Jagielski do tego stopnia był skoncentrowany na swojej pracy, uzależniony od niej, że przeoczył krytyczny moment, kiedy w psychice jego żony zalęgł się paniczny lęk o męża, zbyt głębokie współodczuwanie dotykających go przeżyć, życie z nim na krawędzi śmierci. U Grażyny Jagielskiej psychiatra zdiagnozował zespół stresu pourazowego, taki sam jak u żołnierzy wracających z misji w Afganistanie. Jedną z form terapii było napisanie przez pacjentkę książki autobiograficznej Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym, która stała się podstawą do nakręcenia filmu.

Czy Ewa Bukowska jest współczesnym wcieleniem nieżyjącego Krzysztofa Kieślowskiego? Nie wierzę w reinkarnację, ale wierzę w wielki talent reżyserki, bo wykazuje ten sam stopień uważności na najdelikatniejsze aspekty ludzkiego sumienia, co autor Dekalogu. Reżyserka nie komentuje opowiedzianych zdarzeń, to pozostawia nam, natomiast zadaje dyskretne pytanie o granice miłości, czy może być w ogóle symetryczna? Gdzie przebiega cienka czerwona linia, po przekroczeniu której zatracamy się w dawaniu siebie drugiej osobie. Bukowska sugeruje, że miłość jest niebezpieczna, bo pokazuje ludzi, takimi jacy są naprawdę. Nagimi wobec psychicznych i duchowych głębin. Zrzuca z nich maski. Warto wsłuchać się w te pytania, bo mimo że „53 wojny” są pierwszym filmem Ewy Bukowskiej, ona sama ma wiele do powiedzenia z racji życiowych doświadczeń.

Porównanie Bukowskiej do Kieślowskiego traktuję jako dobrą przepowiednię. Czekam na drugi film tej reżyserki!

                   Ocena: 4/6

53 wojny, Polska 2017, dramat psychologiczny (82 min), scen. i reż. Ewa Bukowska, w rolach głównych Magdalena Popławska, Michał Żurawski, Krzysztof Stroiński. Dystr. Next Film. W kinach od 19 października 2018.

Udostępnij:

Leave a Reply