Radiowy teatr wyobraźni w thrillerze „Winni”

Udostępnij:
„Winni”. Fot. materiały prasowe.

Debiut fabularny pracującego w Danii szwedzkiego reżysera Gustava Möllera zebrał już tyle pozytywnych recenzji, napisano o nim tyle trafnych zdań, że trudno wymyślić coś oryginalnego. Dlatego napiszę tylko jedno:  Winni są filmem bardzo „ludzkim”, nie odczłowieczającym ani głównego bohatera, ani widzów. A to już bardzo wiele.

Operator kopenhaskiego telefonu 112 odbiera połączenia od zdesperowanych ludzi. Zdaje się być kimś wyposażonym w cudowną moc, bo dzięki programom komputerowym szybko identyfikuje rozmówców, umieszcza ich na mapie duńskiej stolicy, udziela życiowych rad, gdy trzeba, wysyła pomoc. Jeden telefon jest szczególny. Dzwoni kobieta. Słychać przerażony głos, w tle szum pracującego silnika. Została porwana przez jakiegoś mężczyznę. Grozi jej wielkie niebezpieczeństwo. Policyjny operator za wszelką cenę chce jej pomóc. Bardzo się angażuje, wychodzi poza procedury. Jest samotnym jeźdźcem na miejskiej prerii, ostatnim samurajem, kimś kto stawia wszystko na jednej szali, by pomóc drugiemu człowiekowi.

Najważniejsza jest intensywność w pokazywaniu rodzącej się relacji między policjantem a niewidzianą ani przez niego, ani przez widzów ofiarą, z jej głosem dobiegającym jakby zza światów. Radiowemu teatrowi wyobraźni z pomocą przychodzą długie ujęcia twarzy mężczyzny, powolny montaż, rzadko stosowane ostre cięcia. Im kamera dłużej filmuje profil szwedzkiego aktora Jakoba Cedergrena, tym bardziej zaczyna falować obraz, pulsować. Słychać niekontrolowane dźwięki, szumy, świat ma swoją zaskakującą głębię, tą głębią jest drugi człowiek. Policjanta wyraźnie dręczy jakaś wewnętrzna skaza. Bardzo angażuje się w pomoc nieznanej kobiecie, jakby chciał udowodnić sobie, że jeszcze do czegoś się nadaje, jakby wyrwanie kobiety z matni miało na calu uratowanie siebie samego. W jego działaniach, w całej tej sytuacji pobrzmiewają słowa Chrystusa: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.”

Napięcie nie opada. Temperaturę odmierzają spływające po czole policjanta krople. W klasycznych thrillerach suspens wynika albo z lepszego poinformowaniu widza o skali zagrożenia niż bohatera, albo przeciwnie, gdy widz posiada mniejszą wiedzę od ekranowej postaci. W tym przypadku, co należy uznać za nowatorskie rozwiązanie, poziom poinformowania jest równy po obu stronach. Siedzący przed ekranem wiedzą tyle samo, ile próbujący uratować kobietę policjant. I razem z nim wpadają w czeluść, gdy się okazuje, że świat nie jest tak oczywisty. O wiele bardziej skomplikowany.

Akcja rozgrywa się  w czasie  rzeczywistym, czas ekranowy pokrywa się prawie w stu procentach z rzeczywistym, co jeszcze bardziej wzmaga efekt grozy, skala odczuwania zlewa się z dzianiem się tu i teraz, jakbyśmy oglądali telewizyjną relację na żywo z jakiegoś wydarzenia.

Najcenniejszą rzeczą w debiucie  Gustava Möllera jest psychologiczny autentyzm. Reżyser nie  bawi się we władcę marionetek, nie ubarwia i nie udziwnia przekazu. Nie manipuluje reakcjami publiczności, a jeśli tak robi, to w sposób niewidoczny, nie inwazyjny. Nie zmienia widzów w zwierzynę łowną, za którą pędzą wściekłe psy. Wraca do kina prostego, opowiedzianego surowymi środkami wyrazu, bez stosowania sztuczek  i postmodernistycznych cudzysłowów. Pokazuje postaci w skrajnych, ale bardzo realnych sytuacjach.

Nie jest to pierwszy „telefoniczny” film. Kilka lat temu Steven Knight nakręcił  Lock o mężczyźnie jadącym samochodem i komunikującym się z bliskimi przez telefon.  Znalazłby się jeszcze jeden „komórkowiec”, Pogrzebany Rodrigo Cortésa o młodym Amerykaninie uwięzionym przez irackich terrorystów w trumnie i kontaktującym się z nimi przez telefon. Ale świadomość, że gdzieś w filmowym imaginarium istnieją podobne byty do Winnych, nie pomniejsza rangi tego filmu, a wręcz przeciwnie, udowadnia, jak reżyser bardzo twórczo wykorzystał ten motyw. Jedność miejsca, czasu i akcji w tych trzech obrazach buduje doskonałą jedność ekranu.

Ocena: 5/6

Winni (Den skyldige), Dania (2018), thriller (85 min), scen. i reż. Gustav Möller,  w roli głównej Jakob Cedergren. W kinach od 9 listopada 2018.

* * *

Przypomnę kilka nazwisk początkujących reżyserów, którzy swego czasu podobnie jak Gustav Möller olśnili krytyków i widzów. Ich filmy weszły do kanonu, choć nikt się tego nie spodziewał:

Seks, kłamstwa i kasety wideo (1989). Młody Steven Soderbergh zamienił kamerę wideo w narzędzie psychologicznej wiwisekcji. Jego film był pierwszą niezależną amerykańską produkcją, która zdobyła Złotą Plamę w Cannes i zwróciła uwagę branży filmowej na zjawisko artystycznego kina niskobudżetowego. Niektórzy uważają, że  Soderbergh od tamtego czasu mimo posiadania wielkich budżetów nie nakręcił lepszego filmu.

Wściekłe psy (1992) Quentina Tarantino – film opowiedziany brawurowo od końca z zaburzeniem zasad kina gatunkowego.

Cube (1997), reż. Vincenzo Natali, sześć przypadkowych osób zostało uwięzionych w niebezpiecznym sześcianie. Skromny film SF o wielkiej tajemnicy.

Memento (1998) – wielki dziś Christopher Nolan nakręcił film o mechanizmach ludzkiej pamięci, doskonale posługuje się w nim alinearnym czasem, narrację prowadzi asocjacyjnie. Nie do podrobienia!

Blair Witch Project (1999), reż. Daniel Myrick, Eduardo Sánchez – niskobudżetowy horror nakręcony częściowo kamerą wideo dającą złudzenie realizmu. Zdobył popularność dzięki marketingowi prowadzonemu w internecie. Blair Witch Project zapoczątkował modę na horrory wykorzystujące stylizowane stare zapisy filmowe, czyli found footage.

Amores perros (2000), reż. Alejandro González Iñárritu – nowelowa opowieść o zupełnie obcych sobie mieszkańcach Mexico City, których drogi krzyżują się przypadkowo.

Udostępnij:

Leave a Reply