Propagandowy wymiar „Kleru”

Udostępnij:
Fot. materiały prasowe.

Kler Wojciecha Smarzowskiego  schodzi właśnie z ekranów kin, opada bitewny pył, jaki towarzyszył jego premierze, warto zatem zdobyć się na chłodną analizę, z czym tak naprawdę mieliśmy do czynienia. Według mnie z propagandowym ukąszeniem. Świadczy o tym nieprzypadkowy zestaw stylistycznych środków użytych przez reżysera. Nie wszystkie zdołam wymienić, bo jest ich cały bezlik.

Umieszczone na czarnym tle motto z Biblii „Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami”, pomijając że jest zupełnie nieszczere, skoro reżyser przedstawia się jako ateista, już „na wejściu” buduje w widzach stan zagrożenia. Wzywa ich do czujności. Poczucie zagrożenia i dyskomfortu będzie potęgowane z każdym następnym kadrem wypełnionym intensywnymi, jednocześnie „ciężkimi” barwami.

Mamy czterech „muszkieterów” w sutannach: pijaka łamiącego celibat, dwóch księży pedofili oraz biskupa, który swoją krakowską siedzibę zamienił w „Banco Vaticano”. Biskup nosi bardzo znaczące nazwisko Mordowicz, które ma się fonetycznie kojarzyć i kojarzy z następującymi słowami: morda, mord, morderca i Mordor, czyli kraina zła we Władcy Pierścieni Tolkiena. Tylko jeden ksiądz – młody wikary – jest porządny. Skalę jego charakteru wyznaczają targające nim wątpliwości, czy właściwie odczytał swoje powołanie. Najbardziej perfidny antybohater jeździ luksusową limuzyną, co ma budzić skojarzenia z powszechnie znanym i wpływowym księdzem dyrektorem pomawianym o posiadanie najdroższego samochodu w III RP. Gra z kontekstem pozafilmowym jest dokładnie zaplanowana.

Ciąg dalszy operacji pn. Kler. Młodzi księża w pałacu biskupa są przedstawieni jako zniewieściali mężczyźni, sugeruje się ich homoseksualizm. Biskup często biesiaduje i częstuje alkoholem. W tym samym ujęciu pokazywana jest stojąca na dużym stole makieta budowanego sanktuarium. Zestawienie nieprzypadkowe.

Smarzowski sugeruje, że skłonność do chłopców nie wzięła się znikąd, tylko została „zaszczepiona” przez innych księży. Księża  deprawują ministrantów, a ci gdy wstępują w stan kapłański, deprawują następnych. W zamyśle reżysera Kościół jest wylęgarnią dewiantów. Jeden z nich miał być w latach 80. kapelanem Solidarności. Komentarz zbyteczny.

Negatywne postaci, bez jakiegokolwiek niuansowania, są przeciwstawione wiernym przymuszanym do płacenia wielkich pieniędzy do księżowskiej kasy (w pewnym momencie pojawia się zbliżenie tacy wypełnionej wyłącznie stuzłotowymi banknotami!). Jak w filmie socrealistycznym mamy wyraźne przeciwstawienie dwóch kategorii postaci – „złych” i „dobrych”. Ale uwaga, część „złych” dostaje szansę ujrzenia swoich błędów i nawrócenia się na właściwą ideologię. U Smarzowskiego tego aktu łaski dostępują ksiądz łamiący celibat, który ostatecznie nie opuszcza swojej kobiety, i ks. Kukuła pedofil, który wyznaje swoje grzechy przed wiernymi (jest to klisza sceny z filmu „Ksiądz” Antonii Bird, w której „rozgrzeszenie” od wiernych otrzymuje kapłan homoseksualista). W ostatniej scenie lud odsuwa się od płonącego Kukuły, który dokonał samospalenia. Scena ta słusznie uważana jest za profanację symbolu Boga Ojca, symbolu oka mądrości, ale semantycznie jest bardziej złożona –  w swej bezlitosnej geometrii ma programować odcinanie się wiernych od księży, namawiać ich do występowania z Kościoła.

Miejsc akcji jak wszystko w tym filmie nie wybrano przypadkowo. Są nimi papieski Kraków i Podkarpacie. Pada nazwa Jasła. Wiejski ksiądz jeździ autem na krośnieńskich rejestracjach. Czyżby reżyser czuł sentyment do stron rodzinnych (urodził się w Korczynie)? Raczej odwrotnie – głęboką niechęć, co pokazał już w dwóch swoich poprzednich filmach, w Weselu i Domu złym. Cel tego zabiegu jest oczywisty: skompromitowanie religijnego południa kraju.

Smarzowski w wielu punktach opiera narrację na szczególnym rodzaju montażu – montażu atrakcji (inaczej zwanym intelektualnym), który wymyślił radziecki twórca Siergiej Eisenstein i który stosował w swoich filmowych apoteozach rewolucji bolszewickiej. Montaż ten polega na łączeniu dwóch skrajnie różnych obrazów/ujęć w celu stworzenia  z nich całkiem nowej jakości. Wykorzystywany jest on do budowania arbitralnych, ideologicznych znaczeń, by zawładnąć podświadomością widzów, by ci wychodzili z kina z zakodowanymi głęboko obrazami. Oto przykłady: bp Mordowicz na krakowskim Rynku dokonuje aktu poświęcenia. Z tym epizodem zostaje zmontowany następny: kilku mężczyzn w kibicowskich szalikach okłada pięściami i kopie lajkonika. Oba ujęcia są wykonane w nerwowym, reporterskim stylu. Takie zestawienie obrazów i ich stylistyczna jednorodność mają dyskredytować biskupa i sugerować jego nacjonalizm. Inny przykład: po spotkaniu biskupa i jego podwładnych z mężczyzną, który w przeszłości był molestowany, pojawia się parodia Ostatniej Wieczerzy. Ci sami duchowni siedzą jak uczniowie Chrystusa przy jednym stole i na komendę wychylają kieliszki z alkoholem. Scena negatywnie wzmacnia poprzednią, z zestawienia obu powstaje obraz bezdusznego i zepsutego kleru.

W Klerze można znaleźć wiele innych oddziaływań na podświadomość widzów  (np. pokazywanie barw narodowych wyłącznie w negatywnych kontekstach). W pewnym momencie na dużym ekranie telewizora stojącego w pokoju księdza (wcześniej prowadził działania mające zataić kościelną aferę) pojawia się migawka z wizyty zagranicznych dziennikarzy. Pada informacja, że przyjechali do Polski wyjaśnić mord w Jedwabnem, w tym samym kadrze ujęto tablicę drogową z napisem Jedwabne. Nie trzeba dopowiadać, jaki sens reżyser nadaje tej wizualnej manipulacji. Inny przykład działania nakierowanego na podświadomość odbiorców: po sekwencji kropienia kropidłem przez biskupa podczas mszy św. od razu pojawia się sekwencja samospalenia ks. Kukuły. W ten sposób reżyser ośmiesza sakralny gest biskupa. Nieprzypadkowo też w scenie łóżkowej proboszcza z kochanką kamera zza jej nagich pleców pokazuje stojący za oknem kościół (prawdopodobnie bardzo wyrazista sylweta świątyni jest efektem komputerowego triku).

Nasuwają się dwa pytania. Pierwsze, czy mimo użytych przez reżysera perswazyjnych metod, film pokazuje prawdę o polskim klerze. Choćby nawet tak było, to nasilenie propagandowych rozwiązań musi spychać na drugi plan kwestię prawdopodobieństwa. Zresztą współczesna sztuka dawno już odeszła od wiernego naśladowania świata, a w tego rodzaju filmach, jak Kler, nie o prawdę chodzi, tylko o sugestywne i wyraziste modelowanie przekazu, tak by najskuteczniej podjąć interakcję z uprzedzeniami i resentymentami widzów. Chodzi o emocjonalny efekt, o wizualną torpedę, a nie autentyczność opowiedzianych zdarzeń. Ten film na pewno nie uzdrowi Kościoła, jak to głoszą zwolennicy Smarzowskiego.

Drugie pytanie. Czy Smarzowski miał prawo nakręcić Kler? Oczywiście, że tak. Podobnie jak nieżyjący Antoni Krauze Smoleńsk. Film jest dziedziną sztuki szczególnie powołaną do weryfikowania naszych poglądów na temat życia społecznego, do wnikania w rzeczywistość, do burzenia stereotypów i uśpionych sumień. Tyle że Smarzowski  w większym stopniu zajął się atakiem na Kościół, a w konsekwencji na katolicyzm, na obrzydzenie go ludziom poprzez pokazanie księży tak jak kiedyś to robili bolszewicy z kapitalistami – jako nienasyconych krwiopijców – niż obroną ofiar przemocy seksualnej. Reżyser wszedł w rolę ucznia komunisty Lwa Trockiego, który w 1923 roku dowodził, że kino jest „najlepszym narzędziem propagandowym”, i w pełni wykorzystał możliwości tego medium do budowania w większym stopniu wrogości wobec określonej grupy społecznej, niż wyrażenia swojego współczucia wobec skrzywdzonych. A szkoda, bo temat seksualnej deprawacji, bez względu na instytucje i grupy zawodowe, jest wart poruszania w kinie.

Jesteśmy po bitwie, ale ofensywa jeszcze się nie zakończyła. Można spodziewać się kolejnych filmów niechętnych katolickim instytucjom, bo taki jest Zeitgeist. Religia nie jest „na topie”. Należy się też spodziewać nasilenia nastrojów antykatolickich i odejść z Kościoła, ale jak to starałem się wykazać, w tym celu właśnie powstał Kler.

Udostępnij:

Leave a Reply