„Kafarnaum”: Dziecko jako medium nowoczesnej reżyserki [Recenzja]

Udostępnij:
Zain Al Rafeea genialny odtwórca głównej roli bystrego bejruckiego chłopca. Fot. materiały prasowe (2)

Najbardziej znana w Europie arabska reżyserka filmowa Nadine Labaki w swym bez wątpienia najlepszym filmie przedefiniowuje obraz biblijnego Kafarnaum – pogańskiego miasta upadku i grzechu, w którym Jezus dokonał najwięcej cudów. W jej współczesnym Kafarnaum, czyli Bejrucie, Bóg nie dokonuje już cudów. Albo inaczej – jego interwencja jest słabo widoczna, gdyż przesłania ją bunt 12-letniego chłopca Zaina przeciw zacofanym rodzicom. Taka postawa zaprowadza go do sądu.

Nadine Labaki prezentuje w dziele najlepsze składniki swojego stylu: niesamowite wyczucie filmowych konwencji, upodobanie do arabskiej ornamentyki przejawiające się bogatą paletą barw, skłonność do używania lekkiego tonu w ważnych sprawach i do improwizacji. Ten ostatni czynnik, który należy wzbogacić w przypadku Kafarnaum o słowo paradokumentalizm, jest najważniejszy. Film powstał bowiem z wielu materiałów zdjęciowych nakręconych na ulicach Bejrutu i przy udziale zwykłych ludzi, jak właściciele straganów na wielkim bazarze, a przede wszystkim niezawodowych aktorów, także małoletnich jak Khaled Mouzanar, która sprzedawała na ulicy gumy do żucia, czy syryjskiego małego uchodźcy Zain Al Rafeea. Wszyscy oni występują w swoim rzeczywistym otoczeniu i w swoich rzeczywistych rolach. Genialnie zmontowane zdjęcia stwarzają pozór płynnej przypadkowości zdarzeń.

   Najpiękniejszy jest wątek przyjaźni Zaina i imigrantki z Etiopii

i opieki nad jej opuszczonym dzieckiem.

Spontaniczność fabuły sugeruje, że najważniejsze są wydarzenia na sali sądowej. Tymczasem są one tylko szkieletem opowieści. Jej główna i najciekawsza część rozgrywa się poza sądem, w rozgrzanej od słońca i emocji ruchliwej i tętniącej życiem bliskowschodniej metropolii. W niej splatają się losy mieszkańców Bejrutu, przemytników ludzi i nielegalnych imigrantów z Afryki i Syrii.

Najpiękniejszy jest wątek przyjaźni Zaina i imigrantki z Etiopii i opieki nad jej opuszczonym dzieckiem. Zain wędruje z maleństwem po Bejrucie w poszukiwaniu matki i strawy dla siebie i dziecka. Otrzymuje pomoc. Solidarność sąsiaduje w Bejrucie z egoizmem i wielką biedą. Jeśli w tej historii objawia się Bóg, to właśnie w tym cudzie troski jednego dziecka nad drugim. Reżyserka z godnym uznania wyczuciem prowadzi ten wątek, gdyż w czasie pracy nad filmem sama była karmiącą matką. Uliczne stragany, obskurne, zbite z byle czego mieszkalne klitki, wesoły lunapark i wielkie więzienia – taki jest bejrucki krajobraz w filmie Nadine Labaki. Odbite na obiektywach kamer świetlne refleksy i smugi w poetycki, nieco cukierkowy sposób łagodzą ogląd tego smutnego świata, a przede wszystkim nasycają przeróżnymi emocjami jego wielopłaszczyznowy obraz.

Ale jest coś, co nie pozwala do końca identyfikować się, przynajmniej mi, z tą wizją życia imigrantów w stolicy Libanu – nadużywanie przez reżyserkę bardzo emocjonalnych środków wyrazu oraz swoistej  medialnej pornografii (poverty porn), żerującej na życiowej bezradności nędzarzy. Po jakimś czasie metoda reżyserki zaczyna przynosić odwrotny skutek – zamiast współczucia pojawiają się irytacja i znużenie przewlekłymi obrazami społecznego upadku.

Jest jeszcze coś, co każe powątpiewać w stuprocentową szczerość tej artystycznej wypowiedzi. Nadine Labaki skupia się na dojmującym zjawisku wykluczonych, na braku pracy dla imigrantów, pokazuje marzenie syryjskiego chłopca o ucieczce do Szwecji, nie wspomina natomiast o politycznym kontekście, że wokół Libanu dzieją się straszne rzeczy (wojna w Syrii), kraj rozdzierają etniczne i religijne konflikty i jest bardzo osłabiony w wyniku długiego, na razie zamrożonego konfliktu militarnego z Izraelem. Nie do końca przemawia też do mnie jej absolutny atak na muzułmańską obyczajowość i pozycję kobiet w społeczeństwie (choć oczywiście nie sposób akceptować sprzedaży przez rodziców kilkunastoletniej córki o wiele starszemu mężczyźnie na żonę). Nie wierzę reżyserce, gdyż w usta swojego rezolutnego bohatera wkłada zbyt wiele obcych, pochodzących z naszej kultury słów. Bunt Zaina przeciw własnym rodzicom i przeciw ślepemu na los biedaków Bogu jest zbyt uświadomiony, zbyt poważny jak na chłopięcy wiek, co wskazuje na to, że mały bohater wypowiada tak naprawdę nie swoje poglądy, a nowocześnie myślącej reżyserki, jest jej ustami i filmowym medium. Tym też należy tłumaczyć pomysł artystki, że chłopiec wbrew libańskim realiom wytacza rodzicom proces za to, że go wydali na świat. Dla porównania: u irańskich reżyserów także przecież krytycznych wobec społecznych skutków teokracji te elementy są bardzo cieniowane, nienachalne.

We współczesnym bejruckim Kafarnaum Jezus objawia się wyłącznie w bezinteresownej opiekuńczości Zaina wobec czarnoskórego dziecka. Innych cudów nie ma, za to, niestety, sporo chwytliwej publicystyki na użytek zachodniego odbiorcy.

Ocena: 4/6

Kafarnaum (Cafarnaúm), USA i Liban 2018, scen. Nadine Labaki, Khaled Mouzanar, reż. Nadine Labaki, w rolach głównych: Zain Al Rafeea, Yordanos Shiferaw, dystr. Gutek Film, w kinach od 22 lutego 2019.

Udostępnij:

Leave a Reply