Ks. Józef Panaś miał w sobie ducha zagończyka

–  Był księdzem i żołnierzem, który doskonale spełniał się w sutannie i w mundurze. Przeszedł cały szlak bojowy z II Brygadą Legionów. Był chory na Polskę. Dla niego Polska  była wartością  nadrzędną, dogmatem –  o ks. płk. Józefie Panasiu, organizatorze walk o Przemyśl w 1918 roku opowiada dr Grzegorz Szopa, kierownik  działu historii Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej w Przemyślu. 14 grudnia (o godz. 17.30) poprowadzi w Muzeum spotkanie nt. ks. Panasia.

– Ks. Józef Panaś był w większym stopniu żołnierzem czy  księdzem?

 – Był księdzem i żołnierzem, który doskonale spełniał się w sutannie i w mundurze. Przeszedł cały szlak bojowy z II Brygadą Legionów. Był chory na Polskę. Dla niego Polska  była wartością  nadrzędną, dogmatem. Dla Panasia nie można się było targować o Ojczyznę, nie uważał, że metodą małych kroków można coś zrobić. Nie, Polska była jedna, cała, niepodzielna. I miała być. Uważał, że o Polskę trzeba walczyć i bić się wszelkimi możliwymi sposobami i we wszelkich możliwych sytuacjach.

dsc_0087a
Dr Grzegorz Szopa.

– A przecież pochodził z rodziny chłopskiej, a nie z inteligencji wywodzącej się ze szlachty.

– To jest charakterystyczny przykład oficera II Rzeczypospolitej, że wybiegnę w przyszłość. Po 17 września 1939 roku na ulotkach sowieckich było takie hasło: „Bij pańskich oficerów”. Ale w dużej części byli to ludzie wywodzący się z chłopskich rodzin. Przykład pierwszy z brzegu – ostatni komendant Składnicy Wojskowej na Westerplatte major Henryk Sucharski, który pochodził z Gręboszowa, ubogiej wsi spod Tarnowa. Korzenie chłopskie sprawiały, że oni czuli Polskę dosłownie, gdyż inne mieli doświadczenia życiowe. Ukształtowała ich ciężka praca na roli.

 – Jak ks. Panaś znalazł się w Przemyślu?

– Przyjechał z końcem października 1918 roku, a impulsem była rozmowa z ks. abp. Bilczewskim we Lwowie, który zwrócił uwagę na zaawansowane przygotowania Ukraińców do zajęcia kluczowych w Galicji Wschodniej miejscowości w tym przede wszystkim Lwowa i Przemyśla i utworzenia na tym terenie zalążków własnego państwa.

– Rok 1918 jest datą graniczną. Jeszcze nie powstała niepodległa Polska, jeszcze do końca nie upadła monarchia austro-węgierska.

– Panaś zauważa w swoich pamiętnikach, że w Przemyślu panował jeden wieki chaos. Nie było żadnej instytucji, która by mogła ująć w karby życie w mieście. Przez Przemyśl przelewały się tysiące żołnierzy lub byłych żołnierzy, którzy po upadku monarchii stracili poczucie jakiejkolwiek dyscypliny czy porządku. Na domiar złego zaczęły pojawiać się bardzo mocne konflikty polsko – ukraińskie. Do Panasia docierały informacje, co się szykuje. W pamiętnikach mocno akcentuje, że obawiał się zachowania strony ukraińskiej. Miał sygnały, że może dojść do zagarnięcia przez Ukraińców Przemyśla i Lwowa. W Przemyślu sytuacja była dziwaczna. Wszyscy, do których się on udawał, klepali go po plecach i mówili „Jakoś to będzie”. Nie mógł zgodzić się z takim podejściem, bo przeszedł cały szlak bojowy II Brygady jako kapelan  frontowy, był ranny pod Kostiuchówną, i miał świadomość, że trzeba działać. Niestety, jego przewidywania się sprawdziły. Po próbach zajęcia Lwowa przez Ukraińców do takiej samej sytuacji doszło 1 listopada w Przemyślu. 2 listopada zostały podpisane porozumienia pomiędzy stronami polską  i ukraińską, ale ks. Panaś nie dowierzał w te układy i znowu miał rację. W nocy z 3 na 4 listopada Ukraińcy złamali porozumienie, zajęli prawobrzeżną część miasta…

– Czyli Stare Miasto, walka o symbole?

 – Tak, Stare Miasto było wówczas centrum administracji cywilnej, wojskowej. Tutaj w głównej mierze skupiało się życie polityczne Przemyśla. Z kolei lewobrzeżne Zasanie wraz z bogato zaopatrzonymi magazynami we wszelkiego rodzaju sprzęt wojenny stanowiło ważny element w strukturze obronnej Przemyśla. Z kolei w pobliskiej wsi Żurawica sąsiadującej bezpośrednio z Zasaniem stacjonował batalion złożony głównie z żołnierzy ukraińskich. Tak więc lewobrzeżna część Przemyśla stanowiła kluczową pozycję w obronie całego miasta. Dokonując jego zajęcia Ukraińcy mogli opanować cały Przemyśl, uniemożliwiając stworzenie przyczółka dla organizacji odsieczy dla Lwowa. A właśnie z Przemyśla z uwagi na szlaki komunikacyjne była najkrótsza, droga do miasta „Semper Fidelis”.

Sprawdziły się przewidywania Panasia. Sprawdziło się również to, że jego nadzieja pokładana w przemyskiej młodzieży, nie okazała się płonna, bo właśnie dzięki  młodzieży w pierwszej kolejności zorganizował obronę Zasania. Główne magazyny poaustriackie znajdowały się właśnie w tej części miasta. Z tego co pisze Panaś, było tam kilkanaście tysięcy karabinów w tym 250 maszynowych, amunicji na 2000 wagonów i oraz całe masy różnego wyposażenia wojskowego, co było bardzo istotne, bo pomogło uzbroić się i zorganizować ochotnikom. Był tą osobą, która wskazała obrońcom punkty kluczowe do zajęcia. To były punkty wzdłuż linii Sanu.

– Był formalnym przywódcą?

– Nie. Był jednym z pierwszych oficerów, który organizował obronę Zasania. Co więcej, on organizował odsiecz dla Przemyśla. Wyjechał do Jarosławia, Przeworska i Rzeszowa, kontaktował się z Tarnowem i Krakowem, domagając się odsieczy.

Gdybym chciał opisać Panasia, to on doskonale spełniałby się w XVII wieku. Miał w sobie ducha zagończyka, taką pozytywną ułańską fantazję. Nie był standardowym żołnierzem i nie był typowym księdzem. Najlepszym dowodem tego jest fakt, że będąc m.in. 4 listopada w Przeworsku, gdzie  organizował oddziały odsieczy, przekazał telefonicznie informację do Przemyśla o przybyciu do miasta pociągu pancernego wraz  batalionem wojska, mając  świadomość, że rozmowa będzie podsłuchiwana też przez Ukraińców. Gdy doszło do prób rozmów o zawieszeniu broni, Ukraińcy postawili warunek, by pociąg pancerny został cofnięty.

– Co ks. Panaś chciał w ten sposób osiągnąć?

– Chciał zasygnalizować Ukraińcom, że o miasto będą się biły duże polskie jednostki. Było to zagranie psychologiczne, bo Ukraińcy nie mogli sprawdzić, czy Polacy faktycznie dysponują pociągiem i jakie mają siły. Pociąg rzeczywiście dotarł do Przemyśla, nie 4 listopada, ale nieco później 10 listopada. Jednak brak koordynacji z polską załogą sprawił, iż zamiast zatrzymać się na Zasaniu z rozpędu wjechał na most kolejowy. Dzień później 11 listopada oddziały odsieczy przemyskiej i krakowskiej przystąpiły do szturmu. Pociąg pancerny wjechał na most, ale tory były zabarykadowane i nie dojechał już do dworca. Nie mniej spełnił swoją rolę, bo jego siła ognia robiła wrażenie. Do ataku ruszyły oddziały piechoty. Do wieczora 11 listopada Śródmieście było wolne. Natomiast z przedmieść miasta wojska ukraińskie zostały wyparte 12 listopada. Walki o Przemyśl ciągnęły się jeszcze do stycznia 1919 roku. Najtragiczniejszą datą dla przemyślan jest 13 grudnia – dzień śmierci młodzieży przemyskiej pod Niżankowicami.

– Jak zginęli młodzi żołnierze?

 – Jeden z pocisków artyleryjskich wystrzelony przez Ukraińców wybuchł bardzo blisko młodych żołnierzy siedzących w okopie. Zginęło kilkunastu uczniów. To była pierwsza tak duża ofiara w tym starciu. Ich pogrzeb trzy dni później był wielką polską manifestacją. Te młode ofiary spod Niżankowic zostały pochowane we wspólnym grobowcu na przemyskim Cmentarzu Głównym. Nazwę utworzono na wzór Orląt Lwowskich, choć Przemyskie zawsze pozostawały nieco w cieniu swoich lwowskich kolegów.

– Jak liczna była to grupa?

– O ile można bez większych problemów podać liczbę poległych Orląt Lwowskich, o tyle w przypadku przemyślan jest z tym pewien kłopot. Wynika to z faktu, że wśród Orląt Przemyskich była nie tylko młodzież  miejscowa, ale również przybyła z głębi Polski. Np. sanitariuszka Irena Benschówna   pochodziła z Poznańskiego, czy Ludwik Überall, syn żydowskiego adwokata z Rzeszowa. Trudno ustalić rzeczywistą ich liczbę, gdyż część ofiar została zabrana i pochowana na rodzinnych cmentarzach poza Przemyślem, a groby niektórych zatarł czas. Niemniej przyjmuje się że ok. 200 uczniów otrzymało to miano.

– Pomnik Orląt Przemyskich stanął w szczególnym miejscu.

 – Na pl. Konstytucji na Zasaniu frontem w kierunku wschodnim, czyli Starego Miasta. Był ograniczony z przodu mostem, a po bokach ulicami Grunwaldzką, 3 Maja i Krasińskiego. Pomysł postawienia pomnika pojawił się już w 1924 roku, ale bardzo długo zbierano fundusze. Koledzy  kolegom budowli pomnik. Został odsłonięty 11 listopada 1938 roku i przetrwał bardzo krótko, raptem dwa lata. Niemcy kiedy weszli do Przemyśla we wrześniu 1939 r., nie mieli żadnych zastrzeżeń do niego. Nie do końca byli świadomi, co symbolizuje, ale surowa, bardzo prosta bryła oraz siła, jaka z niej emanowała, bardzo im odpowiadała. Natomiast pomnik bardzo mocno zaczął przeszkadzać Ukraińcom, którzy zaczęli wysyłać petycje do okupacyjnych władz Przemyśla z prośbą o jego rozbiórkę. Takiej zgody nie dostawali. Sprawa oparła się aż o Berlin. I przyszła zgoda na rozbiórkę pomnika i tę rozbiórkę zaczęto przeprowadzać w 1941 roku. Najpierw strącono sylwetkę żołnierza i orła ze zwieńczenia pomnika. Natomiast sama bryła była rozbierana etapami. W sierpniu 1941 roku pod pomnikiem ludność ukraińska w strojach ludowych witała generalnego gubernatora Hansa Franka. Udało się ocalić tylko jedną płytę z rozebranego pomnika. Zrobił to pan Baraniecki, który tę płytę przechowywał u siebie w ogrodzie do 1989 roku. Gdy Polska uzyskała suwerenność, gdy pomnik zaczęto odbudowywać, on tę płytę przekazał jako kamień węgielny. Obecny pomnik z powodów komunikacyjnych stanął nieco dalej od swego pierwotnego położenia. Co ciekawe, pomnik chciano odbudowywać na przełomie lat 70. i 80. XX w., wypuszczono nawet cegiełki. Jednak względy polityczne nie pozwoliły na to.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.