Męska Cate Blanchett. Recenzja dramatu „Tár”

Film Todda Fielda pod pewnymi względami przypomina wczesne osiągnięcia Krzysztofa Zanussiego. Jest mało atrakcyjny pod względem formy. Intelektualne dialogi prowadzone przez bohaterkę też przywodzą na myśl filozofujące i eseistyczne kino polskiego artysty.

Dramat Tár po niedawno granym w naszych kinach filmie o Hervey’u Weinsteinie Jednym głosem (She said) jest kolejną amerykańską produkcją podnoszącą temat molestowania seksualnego przez celebrytów. Tym razem chodzi o kobietę wykorzystującą swoją pozycję społeczną w relacjach z innymi kobietami. Jest jeszcze druga różnica. Podczas gdy She said jest filmem opartym na faktach, Tár pozoruje jedynie prawdziwość przedstawionej biografii, co jednak w żadnym stopniu nie pomniejsza go, a wręcz przeciwnie.

Todd Field robi wszystko, byśmy „uwierzyli” w jego historię, ale nie na zasadzie hollywoodzkiej sugestii opartej na prawdopodobieństwie zdarzeń i manipulowaniu emocjami, tylko w stylu realistycznym, mało efektownym, miejscami nawet paradokumentalnym. Film otwiera bardzo długa i mało wdzięczna w oglądaniu scena wywiadu przeprowadzanego przez dziennikarza „New Yorkera” z niemiecką dyrygentką Lydią Tár, która przygotowuje się do wydania swojej książki Tár on Tár oraz do nagrania z berlińską orkiestrą nowej interpretacji V Symfonii Mahlera. Bohaterka „New Yorkera” jest u szczytu kariery i cieszy się niezagrożoną pozycją wielkiej dyrygentki. Nic nie zapowiada dramatycznego zwrotu w życiu dyrygentki, tego, by miała przestać latać własnym odrzutowcem, biesiadować w najlepszych restauracjach i mentorować studentom podczas dyrygenckich warsztatów. Skandal wybucha po powrocie Lydii Tár do Berlina, gdy pewna młoda kobieta, Krista, która miała zostać zaangażowana przez nią do orkiestry, odbiera sobie życie z powodu odrzucenia i seksualnego wykorzystania.

Skandal rozwija się na drugim planie. Na pierwszym zaś jest pokazana praca pani dyrygent z berlińskimi muzykami, jej dyktatorskie a anwet brutalne metody i manipulacja. Lydia Tár bez reszty poświęca się muzyce. Wypełnia ona wszystkie jej nerwy, rozbrzmiewa w jej mózgu i pulsuje w jej żyłach. Jednocześnie kobietę dręczą jakieś koszmary senne. Jej dobrze wyreżyserowane życie skrywa jakąś tajemnicę, jakiś ból. Nie dowiadujemy się jaki. Dowiadujemy się natomiast, że dyrygentka jak wampir wykorzystała nie tylko samobójczynię, ale wykorzystuje też swoją asystentkę i „żonę”. Gdy na horyzoncie pojawia się młoda wiolonczelistka z Rosji, Lydia Tár pod wpływem jej urody sama staje się bezbronna, „naga”. Wszystko to układa się w bardzo zawiły i daleki od banału i jednoznaczności psychologiczny wzór.

Rozczarowuje jedynie zakończenie, zupełnie jakby skrojone na potrzeby radykalnej lewicowej ideologii

Film Todda Fielda przypomina pod pewnymi względami wczesne osiągnięcia Krzysztofa Zanussiego. Jest mało atrakcyjny pod względem formy, długie i utrzymane w zszarzałych kolorach ujęcia nie ułatwiają jego percepcji. Intelektualne dialogi prowadzone przez bohaterkę ze swoim mentorem, studentami i współpracownikami też przywodzą na myśl filozofujące i eseistyczne kino Zanussiego. Tak więc w historii o muzyce rządzi sfera oralna, rządzi Logos, natomiast mało jest samej muzyki i związanej z nią sensualności i zmysłowości (!). Reżyser najwidoczniej wychodzi z założenia, że dźwiękowe pasaże rozwodniłyby główny poruszony przez niego problem: połączenie wielkiego talentu z poczuciem mefistofelicznej władzy nad ludźmi. Jeśli pojawia się muzyka, to nie jako osobny bohater, ale przedłużenie psychiki i ciała Lydii Tár. Ciało odgrywa wielką rolę. Dyrygentka pod koniec filmu „wybucha”, jakby chciała pozbyć się swojej wyuczonej społecznej roli, zmienia się w zwierzę wyzwolone z klatki nakazów i zakazów kultury.

Postać Lydii Tár nie byłaby tak przekonywująca, gdyby nie kreacja Cate Blanchett. Twarzy australijskiej gwiazdy nie zdobi efektowny makijaż. Mimo tego wyraża ona wiele różnych stanów emocjonalnych, jest żywą partyturą sugestywnych masek. Na szczęście Cate Blanchett nie szarżuje z odgrywaniem lesbijskiej tożsamości, jest naturalna, jednocześnie wyniosła, męska, drapieżna, jak i kobieca, uwodzicielska i potulna. Wszystko się w niej miesza i kłębi.

Rozczarowuje jedynie zakończenie, zupełnie jakby zostało skrojone na potrzeby radykalnej lewicowej ideologii i doraźnej publicystyki. Nie wchodząc w szczegóły, ma ono zapewne potępiać kolonialną kulturę białych ludzi, której reprezentantką jest właśnie Lydia Tár. Czyżby reżyser uległ czyjejś presji? Czyżby podczas pracy nad filmem spotkał się z zarzutami, że za mało opowiada się po stronie ofiar białej dyrygentki, że za mało jest w jego historii polityki tożsamości i wykluczenia oraz innych modnych słów kluczy? Pytania te pozostawmy bez odpowiedzi.

Ocena: 5/6

Tár, dramat, USA 2022 (168 min), reż. i scen. Todd Field, w rolach głównych: Cate Blanchett, Noemie Merlant, Nina Hoss, Sophie Kauer; premiera w polskich kinach: 24 lutego 2023, światowa premiera: 1 września 2022.

Drogi Czytelnikujeśli smakują Ci moje teksty, możesz postawić mi symboliczną kawę i wspomóc moją pracę. Dziękuję.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

One comment

  1. Najwyraźniej pan zupełnie nic nie zrozumiał z tego seansu. Trafiłam tu przypadkiem i wiem, że nie ma po co wracać. Komentarz 0/6.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.