„Ojczyzna” Pawła Pawlikowskiego powstała ze snobistycznej potrzeby powiedzenia czegoś intelektualnie ważnego. Ale brakuje w niej nie tylko świeżych myśli, ale i autentycznych emocji.
Paweł Pawlikowski po raz drugi otarł się o Grand Prix festiwalu w Cannes. W 2018 zdobył Złotą Palmę za reżyserię Zimnej wojny, w tym roku tę samą nagrodą za Ojczyznę. Twórca osiągnął prestiżowy sukces, ale nie powinno to zwalniać z krytycznego spojrzenia na jego najnowszy film.
Od początku rozpoznajemy indywidualny styl artysty, zademonstrowany wcześniej w Idzie i w Zimnej wojnie, czyli czarno-białe kadry, powolny styl narracji, statyczne zdjęcia i teatralnie zainscenizowane plany filmowe. Ale nie sposób pozbyć się wrażania, że w ten sposób Paweł Pawlikowski wypreparowuje historię z czasu i przestrzeni. Winduje ją do wysokich rejonów metahistorii.
Paweł Pawlikowski wypreparowuje historię
z czasu i przestrzeni
Pawlikowski wierzy w obraz i przemawia obrazem, ale jego metoda nie do końca sprawdza się w tym przypadku. Wszak opowiada on o autentycznej podróży niemieckiego noblisty, Thomasa Manna, do powojennych Niemiec. Tyle że pisarzowi nie towarzyszyła córka Erika, jak to jest w filmie, ale żona Katia (później okaże się, do czego była potrzebna reżyserowi ta zmiana). W 1933 roku, po dojściu Hitlera do władzy, Mann musiał opuścić Niemcy. Na emigracji w Stanach Zjednoczonych występował przeciw jego polityce i zarzekał się, że nigdy nie wróci do ojczyzny. W 1947 roku Mann jednak przyjechał do Niemiec, by uczcić 200. rocznicę urodzin Goethego.
Paweł Pawlikowski opowiada o tym, jak Mann podczas tej podróży wykorzystuje wielkość Goethego do potępienia „niemieckiej kultury śmierci” i faustowskiego paktowania z szatanem, widocznego chociażby w polityce Hitlera. Chłodny intelektualista w oficjalnych wystąpieniach namawia Niemców do opowiadania się po stronie wolności i światła, jednocześnie, po przybyciu do Weimaru, leżącego w sowieckiej strefie okupacyjnej, sam jest kuszony do poparcia powstającego nowego państwa niemieckiego. Nie ulega komunistom, natomiast zmienia się pod wpływem córki.
A jacy są główni bohaterowie? Są statyczni, jak owady uwięzione w bursztynie. Wizualne pomysły reżysera i jego operatora Łukasza Żala budzą podziw, ale brakuje w nich życia, prawdziwych emocji i zmuszających do myślenia dialogów. Prezentowana przez Pawlikowskiego sztuka mise-en-scène przywodzi na myśl dokonania polskiej szkoły filmowej, chociażby Pożegnania Hasa, ale poza plastyką obrazu niewiele ma z nimi wspólnego. Nie dorównuje im pod względem literackiego wdzięku i aury powojennego niepokoju.
Emocji dostarcza tylko postać syna Thomasa Manna, Klausa, także pisarza, znanego głównie dzięki wybitnej powieści Mefisto. W canneńskim hotelu rozmawia telefonicznie z Eriką. Siostra chce go namówić, by towarzyszył jej i ojcu w podróży. On odpowiada, że podróż nie ma sensu, bo Niemcy się nie zmieniły. Klaus jest narkomanem. Wnet popełni samobójstwo i zamieni się w widmo. Artystycznie są to najlepsze partie filmu, decydują o jego wymowie. Homoseksualista Klaus Mann uosabia synczyznę Gombrowicza, która – jeśli dobrze rozumiem tok myślenia reżysera – powinna wyprzeć autorytarną i opresyjną ojczyznę uosabianą nawet przez mieszczańskiego Thomasa Manna. Czuje to Erika, która jak brat prowadziła bujne erotyczno-towarzyskie życie. Wzywa ojca do tego, by zamiast budować zamki ze słów, oddał się żywiołowi życia.
Ojczyzna domyka trylogię Pawlikowskiego o powojennej Europie. Ale jak Ida i Zimna wojna nie jest filmem historycznym, tylko metahistorycznym. Co to oznacza? Oznacza to nie poszukiwanie prawdy o przeszłych wydarzeniach, ale uciekanie się do fikcji i różnych zabiegów narracyjnych, by za ich pomocą nadać przeszłości własny sens.
Ocena: 3,5/6
Ojczyzna, Francja, Niemcy, Polska, Włochy 2026, dramat (88 min); reż. Paweł Pawlikowski, scen. Paweł Pawlikowski i Henk Handloegten; w rolach głównych: Hanns Zischler i Sandra Hüller; premiera w polskich kinach: 19 czerwca 2026.
Zdjęcie na górze: Erika Mann (Sandra Hüller), kierowca swojego wybitnego ojca. Fot. Materiały prasowe
