W analogu i cyfrze (6): „Dzika namiętność” Jonathana Demme’a

Udostępnij:
Melanie Griffith w “Something Wild”. Fot. You Tube (2)

Kino hollywoodzkie przełomu lat 70. i  80. było radośnie eskapistyczne. Reżyserzy należący do pokolenia zwanego Nowym Hollywoodem – Spielberg, Landis, Lucas, Carpenter, Jonathan Demme i inni – spektakularnie naśladowali tradycyjne gatunki filmowe podkreślając ich umowny i rozrywkowy charakter. Odnawiali je zamieniając w nowe formy, np. klasyczny melodramat na komedię romantyczną.

Oczywiście powstawały też filmy poważne, pokazujące np. przemiany obyczajowe związane z rewolucją seksualną w Ameryce oraz nową pozycją kobiet. Sztandarowymi przykładami tego „egzystencjalnego nurtu” w Hollywood lat 80. były erotyki Adriana Lyne’a  9 i ½ tygodnia, Fatalne zauroczenie czy też thriller Johna Landisa Ucieczka w noc.

 Na przecięciu się tych dwóch szlaków – rozrywkowego i ambitniejszego – można spotkać jeden z najlepszych amerykańskich filmów połowy lat 80. – Dziką namiętność (Something Wild) Jonathana Demme’a. Film wciąż działa emocjonalnie dzięki doskonałej reżyserii i pełnemu twistów scenariuszowi debiutanta E. Maxa Frye’a oraz jednej z najlepszych ścieżek muzycznych, jakie kiedykolwiek udało mi się usłyszeć w kinie. Muzyka nie jest zewnętrzna wobec postaci, ale wypływa z ich wnętrz, marzeń i trzewi.

Historia E. Maxa Frye’a i Jonathana Demme’a sprowadza się do jednego, zasadniczego pytania: czy przygodny seks w protestanckim społeczeństwie jest nadal godny potępienia?

Ich odpowiedź jest bardzo przewrotna. Rozwijając pełną niespodzianek historię o wymykającej się obyczajowym szablonom Audrey „Lulu”, podrywającej w nowojorskiej kafejce spokojnego yuppie (Jeff Daniels), cały czas balansują między potępieniem swoich bohaterów a ich rozgrzeszeniem, między wymogami ładu moralnego a pragnieniem buntu i wolności. Umiejętnie dozowane przez reżysera napięcie erotyczne między dwójką postaci w połowie fabuły zamienia się w sensacyjny dreszcz, gdy na scenę wkracza mąż Lulu, warunkowo zwolniony z więzienia Ray, czarny anioł tej opowieści. Ray (w tej roli zadebiutował rewelacyjny Ray Liotta) w przeciwieństwie do Charliego pochodzi z nizin społecznych. Kierowany uczuciem do żony i siłą swoich mięśni daje nauczkę swemu rywalowi i odzyskuje na pewien czas Lulu. 

Kochanków spotka kara za przekroczenie norm i skosztowanie wolnej miłości. Charles musi na koniec stoczyć morderczą walkę z Rayem. Ostatecznie weekendowy romans nie kończy się tak źle jak w przypadku dwójki bohaterów Fatalnego zauroczenia. Historia odzyskuje swoją wyjściową komediową tonację.

Rewelacyjny debiut Raya Liotty.

W kulminacyjnej scenie pojedynku między dwoma mężczyznami Jonathan Demme stosuje swój ulubiony chwyt wnikania kamerą głęboko w oczy bohaterów, tak by widz zajrzał w ich dusze. Gdy kamera na przemian pokazuje wielkie zbliżenia zakrwawionych i zmasakrowanych twarzy Raya i Charliego, gdy patrzy im prosto w oczy, przełamuje płaszczyznę ekranu dzielącą bohaterów i widzów. W języku teatralnym ten chwyt nazywa się „zburzeniem czwartej ściany”. W teatrze aktorzy ograniczeni są na scenie trzema ścianami, czwarta w sposób niewidoczny dzieli ich od publiczności. Gdy zaczynają się bezpośrednio zwracać do widzów, unieważniają symboliczną granicę między dwiema, różnymi przestrzeniami. Na gruncie filmowym podobne rozwiązania znajdziemy w dziełach nowofalowców, przypomina się też wybitna Koronczarka (1977) Claude’a Goretty.

Jonathan Demme jeszcze w inny sposób uświadamia widzom, że wkraczają w wypełnioną znakami rzeczywistość. Otóż poznają Audrey w momencie, gdy w kawiarni czyta książkę o ikonie feministek – Fridzie. Meksykańska malarka patronuje jej zwariowanemu zachowaniu. Jako że Dzika namiętność jest melanżem wielu gatunków, także kina drogi, protagonistom często towarzyszą Afroamerykanie, hippisi, uliczni grajkowie, wszelkiej maści wagabundzi. Charles kupuje na stacji benzynowej  T-shirt z napisem „Virginia is for Lovers” ironicznie komentującym jego położenie. Itp., itd. Wykreowany świat w Dzikiej namiętności jest zatem w dużym stopniu autotematyczny i autorefleksyjny. Mocno eksponuje swój semantyczny charakter, jednocześnie mówi o autentycznych moralnych dylematach lat 80.

Zmianie wątków komediowych w sensacyjne towarzyszą metamorfozy Audrey pod względem stroju i odgrywanych ról. Raz jest drapieżną femme fatale, innym razem niewinną dziewczyną z małego miasteczka. Jeden z amerykańskich krytyków napisał, że Audrey w pełni należy tylko do siebie. Rzeczywiście, to dobre stwierdzenie, ale Audrey tylko powierzchownie jest zbuntowaną ekscentryczką, gdyż w głębi serca potrzebuje tego, czego wszystkie kobiety – czyli zaangażowania emocjonalnego, poczucia bezpieczeństwa i miłości.

Dzika namiętność zabiera widzom niewinność na wiele sposobów. Im częściej się ogląda ten film, a czas kwarantanny sprzyja powtórkom, tym więcej można dostrzec nici, jakimi został uszyty. Ale o dziwo, uchwycone znaki nie pozbawiają filmu Demme’a swoistej magii. Ja oglądając po raz kolejny ten tytuł dostrzegłem grę, jaką prowadzi reżyser non stop z dwiema antagonistycznymi sferami: ładu, porządku oraz anarchii, buntu, wolności. Nie muszę dodawać, że jako artysta, który wyreżyserował później Milczenie owiec, bardziej sympatyzuje z ciemną stroną księżyca.

* * *

W cyklu „W analogu i cyfrze” wracam do filmów zrealizowanych przed nastaniem ery cyfrowej. Konfrontuję je z dzisiejszymi oczekiwaniami, sprawdzam, czy cienie utrwalone na światłoczułej taśmie mają nam jeszcze coś interesującego do powiedzenia. Ciąg dalszy nastąpi.

Udostępnij:

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.