„BlackBerry” to historia kanadyjskich wynalazców telefonów komórkowych o tej nazwie. W filmie nie znajdziemy dużych liter. Zobaczymy natomiast celny obraz drapieżnego kapitalizmu.
Reżyser i aktor Matt Johnson wywodzi się z kina niezależnego i tym należy tłumaczyć jego brak pretensji do wysokich tonów. Historię konstruktorów modnego niegdyś telefonu marki BlackBerry Douglasa Fregina i Mike’a Lazaridisa oraz inwestora Jima Balsillie’a opowiada lekko komediowym stylem, nie zapominając jednak o realistycznym pazurze i prawidłowej dramaturgii.
Matt Johnson jest dzieckiem
kina niezależnego i smartfonów
Temat geniusza Mike’a Lazaridisa, który zaprojektował małe urządzenie mobilne wysyłające maile i służące do rozmów w dowolnym miejscu, mógłby skłaniać Matta Johnsona do zbudowania mitologii pionierów informacyjnej Ziemi Obiecanej. Ale tak się nie dzieje. Jego bohaterowie są niedojrzali i przypominają niepozbieranych bohaterów amerykańskiego kina mumblecore trawiących czas na nudzie i rozmowach o niczym. Gdyby nie rekin biznesu Jim Balsillie, przepadliby z kretesem.
Ale nie ma nic za darmo. Jim Balsillie jest ostrym graczem. Zaprowadza w stadku „garażowych” wynalazców korporacyjną dyscyplinę i wykorzystuje ich do biznesowych kombinacji. Ściga się z konkurencją, by jak najwięcej zarobić na wynalazku. Młodzi inżynierowie zaczynają tracić niewinność. Na domiar złego zapatrzony w swoją nieomylność Mike Lazaridis pomniejsza zagrożenie ze strony Stev’a Jobsa i jego iPhona i przegrywa rozgrywkę z amerykańskim rywalem.
Byłby to zatem film o drapieżnym kapitalizmie, pozbawiający swoich „herosów” spontanicznej młodzieńczości na rzecz wyrafinowania. „Gdy dorastasz, twoje serce umiera” – taki cytat z popularnego amerykańskiego filmu młodzieżowego Klub winowajców pada na początku obrazu Matta Johnsona i dobrze oddaje jego sens.
Matt Johnson jest nie tylko dzieckiem kina niezależnego, ale też smartfonów. Reżyser ma świadomość oddziaływania tego medium na człowieka, jak angażuje i rozprasza jego uwagę. Dlatego próbuje zastosować ten sam rodzaj percepcji w swojej narracji. Pulsuje ona refleksami i odbiciami światła oraz szybko zmontowanymi ujęciami. Reżyser zagęszcza też czas, inscenizując sceny we wnętrzach na wielu planach i przy udziale wielu aktorów, utrudniając skupienie się na jednej postaci czy też na jednym zdaniu. Z wszystkich scen wyciska maksymalne tempo i dawkę energii, co wprowadza widza w stan pobudzenia. Jego metoda przywodzi na myśl znakomity thriller braci Benny’ego i Josha Safdie Nieoszlifowane diamenty, w którym pożeraczem każdej chwili jest nierozstający się ze smartfonem jubiler Howard Ratner.
Ale BlackBerry to nie tylko błyskotliwie nakręcony film o pionierach telefonii komórkowej. To także film o narodzinach postkapitalistycznej ery, w której tworzenie, gromadzenie, przetwarzanie i przesyłanie informacji łączy się ze zmianą struktury czasu oraz z narodzinami nowych elit (giganci technologiczni) i nowego indywidualizmu. Indywidualizmu, który wydaje się mieć jednak więcej złych niż dobrych stron.
Ocena: 4,5/6
BlackBerry, Kanada 2023; komediodramat (124 min); reż. Matt Johnson, scen. Matt Johnson i Matthew Miller; w rolach głównych: Jay Baruchel, Glenn Howerton, Matt Johnson; film jest dostępny na Netfliksie.
Zdjęcie na górze: Jay Baruchel i Matt Johnson (w opasce) jako niedojrzali konstruktorzy. Fot. materiały prasowe
