Odyseja Christophera Nolana ma antywojenny charakter. Wojna niszczy mężczyzn psychicznie, patroszy ich wnętrza. Nolanowski Odys przeżywa wyrzuty sumienia po tym, co jego druhowie uczynili Trojanom.
Pozycję Christophera Nolana w amerykańskim przemyśle filmowym można przyrównać do kariery innego Brytyjczyka – Ridleya Scotta. Obaj po nakręceniu błyskotliwego debiutu fabularnego (Scott Pojedynku a Nolan Following) zostali zaimportowani przez Hollywood i z każdym nowym projektem zaczęli wspinać się na wyżyny systemu producenckiego. Obaj przejawiali i przejawiają wielką wyobraźnie plastyczną, mają wiedzę o różnych kodach wizualnych – Scott chociażby filmu reklamowego, a Nolan kina noir, a przede wszystkim mają opanowane do perfekcji rzemiosło reżyserskie i sztukę pracy przy dużych projektach. Różni ich natomiast stosunek do tradycji filmowej. Nolan (rocznik 1970) należy do innego pokolenia niż starszy od niego Scott (rocznik 1937). Bardziej eksperymentuje z narracją i gatunkowością niż Scott. Gdy Ridley Scott na wiele sposobów głosi pochwałę kina gatunkowego, Nolan wlewa do niego łychę dziegciu. Jego bohaterowie, jak np. Leonard w głośnym Memento, cierpią często na jakieś choroby, są rozbici duchowo i psychicznie, co skutkuje niespokojną narracją. Nolana z powodzeniem można nazwać, obok Davida Finchera, najwybitniejszym w Hollywood badaczem ciemnych sfer człowieczeństwa. Widać to w jego najnowszej superprodukcji Odyseja.
Amerykańskie elementy
Na seans Odysei wybierałem się z obawą, że będzie zbyt amerykańska i zbyt politycznie poprawna. Na szczęście elementy te nie przygniatają całości. Czarnoskóra Lupita Nyong’o w podwójnej roli Klitajmestry i Heleny nawet nie razi, bo jej role są drugoplanowe. Jeśli chodzi o amerykańskość produkcji, to ujawnia się ona przede wszystkim w głównej roli Matta Damona, ucieleśniającego typ przeciętnego, a zarazem silnego Amerykanina. Moim zdaniem gwiazdor nie do końca odnalazł się w roli Odysa, nie odnalazł w sobie nowych aktorskich nut do zagrania antycznego herosa (jeszcze bladziej wypadł Tom Holland w roli Telemacha, syna Odysa). Pozostałe główne role – Roberta Pattinsona, Anne Hathaway i Charlize Theron – są do przyjęcia, choć i one są przykładem amerykańskiej szkoły ekranowego uwodzenia. Zgoła amerykański jest też finałowy pojedynek Odysa z zalotnikami Penelopy. Odys niczym James Bourne rozwala wszystkich konkurentów. Witać w tym typowy dla tradycyjnego Hollywood kult męskiej siły.
Zdobycie Troi
Reszta w tej historii jest wielce Nolanowska. Reżyser powściągliwie pokazuje sceny zdobycia Troi. Co prawda jej obrońców odczłowiecza, nakładając maski na ich twarze, ale w zasadzie nie epatuje okrucieństwem. Krew nie tryska z ciał. Reżyser robi to celowo. Inscenizacja walk współgra z pacyfistycznym przesłaniem. Odyseja ma bowiem jak Na zachodzie bez zmian Edwarda Bergera wybitnie antywojenny charter. Wojna niszczy mężczyzn psychicznie, patroszy ich wnętrza. Nolanowski Odys przeżywa wyrzuty sumienia po tym, co jego wojska uczyniły Trojanom.
Nolanowski chłód
Nolanowski jest też chłód w odmalowaniu scenerii. Można odnieść wrażenie, że akcja nie rozgrywa się na południowych morzach, tylko gdzieś na północy opanowanej przez wikingów. Scen nakręconych w pięknych rozbłyskach słońca jest niewiele. Przeważają szarawe plaże, skały, ciemne zbroje. Skłonność do metalicznych kolorów Nolan prezentuje nie pierwszy raz, wiele lat temu zrobił to chociażby w świetnym thrillerze Bezsenność.
Christopher Nolan nie eksponuje słońca (jeśli już, to otacza kultem jego zachód), natomiast wiele uwagi poświęca ogniowi jako niszczycielskiej sile. W jego łunach dzieją się najgorsze rzeczy: zdrada i zbrodnia.
Koń Trojański znakiem innej rzeczywistości
W ciemnej tonacji jest też pokazany słynny Koń Trojański. Nie został on zbudowany z drewna, jak oryginał Homera, ale z innego materiału, prawdopodobnie metalu. Zwraca uwagę jego czerń oraz z jak wielkim trudem Trojanie transportują go do miasta. Koń jest monstrum, jakby znakiem innej rzeczywistości. Jest symbolem złamania najświętszych praw Greków gościnności i oddawania czci Atenie.
Nolan po swojemu traktuje świat magii. Nie jest ona ani baśniowa, ani cudowna. Jest natomiast immanentną częścią świata przedstawionego, istnieje ona na tej samej zasadzie co zjawiska i anomalie przyrody. To urealnienie świata przedziwnych istot (cyklop Polifem, czarodziejska Kirke, nimfa Kalipso, kraina zmarłych) najbardziej przypadło mi do gustu.
Widowisko katastroficzne
Przed seansem zaopatrzyłem się w słodki popcorn. Mogłem zajadać się nim z przyjemnością i bez przeszkód, gdyż moje głośne chrupanie było zagłuszane przez nawałnicę efektów dźwiękowych. Oprócz tego że umożliwiają wyświetlanie Odysei w kinach IMAX, to przy okazji przybliżają do widowiska katastroficznego (byłby to kolejny, niewspomniany przeze mnie wcześniej amerykański element).
Reżyser z rozmysłem ucieka się do języka kina katastroficznego. Nie tylko powiększa spektrum wrażeń zmysłowych, ale buduje także atmosferę zmierzchu cywilizacji, nie tyle antycznej, co naszej, zachodniej. Grecy to my – twierdzi Christopher Nolan. Wielokrotnie podkreśla motywy zagrożenia Greków przez „ludy morza”, a także złamania przez Odyseusza świętego prawa gościnności przez podrzucenie Trojanom konia wypełnionego agresorami oraz jego brak wiary w bogów. Dziś owymi antycznymi „ludami morza” mogą być imigranci, przybysze z innych kultur. Ale wszystko wskazuje na to, że Nolan nie ich obwinia o zagładę naszej cywilizacji, tylko współczesnych Greków, którzy nie chcą im udzielić gościny. Na szczęście ideologiczny przekaz Nolana nie jest natrętny, wyprzedza go antywojenny.
Ocena: 5/7
Odyseja (The Odyssey), USA, Wielka Brytania 2026 (173 min); reż. i scen. Christopher Nolan; w rolach głównych: Matt Damon, Anne Hathaway i Robert Pattinson; polska premiera w kinach: 17 lipca 2027.
