Otwarta rana. Ukazała się książka o kinie Smarzowskiego

Udostępnij:

Pierwsza książka o kinie Wojciecha Smarzowskiego zbudowana jest z reporterskich rozmów z osobami pracującymi z reżyserem. Rozmówcy Marcina Rychcika przywołują anegdoty i ciekawostki, odsłaniają tajniki warsztatu reżysera. Są też wypowiedzi Smarzowskiego zaczerpnięta z obcych źródeł. Wydawnictwo ma charakter popularny i zostało zredagowane na zasadzie ciętego, ulubionego przez autora Wesela montażu filmowego, łączącego w polifoniczną całość wiele wypowiedzi, raz krótszych, raz dłuższych.

   Autor pozycji o jakże wymownym tytule Kręcone siekierą. 9 seansów Smarzowskiego jest muzykiem i aktorem, na dużym ekranie zadebiutował w Klerze. Nad książką pracował kilka lat, opowieści o reżyserze uporządkował chronologicznie, od eksperymentatorskiej Małżowiny, po szeroko dyskutowany Kler. Postawił na spotkania z osobami bliskimi twórcy, na tle głównej narracji uchwycił mikro historie o ich własnej artystycznej drodze.

67-minutowy debiut Małżowina oddaje krakowski spleen, choć w rzeczywistości był kręcony w jednej z warszawskich kamienic. Poeta Marcin Świetlicki, który zagrał główną rolę literata uwięzionego w swojej niemożności, zdradza, że Smarzowski napisał scenariusz o sobie, gdy studiował filmoznawstwo na UJ. Świetlicki przyznaje, że w ogóle nie wychodziła mu gra; gdy miał problemy na planie, Robert Gonera zabierał go do pobliskiej knajpy, obaj wypijali kielicha, Świetlik uspakajał się i wracał do pracy. Gonera wyznaje, że krakowski poeta nie umiał powtórzyć zwyczajnych czynności,  do czego sprowadza się aktorstwo, dziwnie nawet trzymał w dłoniach papierosa. „Jego istnienie sceniczne to rodzaj slamu, prawie improwizacji” – mówi Gonera o Świetliku. W teatralnej i nakręconej stojącą w jednym punkcie kamerą Małżowinie pojawili się po raz pierwszy dwaj najważniejsi i najwięcej zawdzięczający Smarzowskiemu aktorzy  – Marian Dziędziel i Arkadiusz Jakubik. 

Dla urodzonego w Jedliczu reżysera bardzo ważne jest Podkarpacie. Z potęgą sztuki filmowej po raz pierwszy zetknął się w jedlickim kinie „Nafta” (aż siedem razy obejrzał Konwój Pekinpaha) oraz w dwuletnim Studium Kulturalno-Oświatowym w Krośnie, tam też poznał swojego pierwszego operatora Andrzeja Szulkowskiego. Ponoć z obserwacji podkarpackiej obyczajowości narodziło się Wesele (jeśli chodzi o miejsce realizacji, to tylko jedno pochodzi z Podkarpacia: droga wiodąca do przejścia granicznego w Radoszycach). Gdy Smarzowski  studiował już na wydziale operatorskim w Łodzi, na prośbę kolegi “kamerował” jego ślub. Potem oglądał wiele rejestracji wideo ślubów i stąd się wziął  pomysł na emocjonalną prowokację o tytule Wesele. Akcja skupia się wokół weselnej zabawy w remizie (stojącej w rzeczywistości koło Piaseczna), picia i robienia interesów przez ojca panny młodej, ale rozmówcy Rychcika zapewniają, że na planie nie było alkoholu (votum separatum w tej ważnej kwestii zgłasza Marcin Świetlicki, ale może dlatego, że reżyser wyciął epizod z jego udziałem). „Podkarpacki” jest także Dom zły, w którym reżyser chciał uchwycić duszny klimat przełomu lat 70 i 80. w Bieszczadach. Akcję zakończoną mordem skupił wokół jednej pijackiej nocy w samotnie stającym domostwie.

Dom zły opowiada o smudze cienia, jaką w naszych duszach zostawił PRL. Być może twórca rozliczał się w ten sposób nie tylko z Polską, ze światem, który go ukształtował, ale i z samym sobą” – pisze Marcin Rychcik nie dopowiadając tej kwestii.

Anegdot i tajników z planów filmowych jest w tej książce cała masa. Ale najważniejsza – przynajmniej dla mnie – powinna być próba wyjaśnienia  genezy okrucieństwa i potworności w kinie Smarzowskiego, skłonności reżysera do zadawania ciosów siekierą. Główny bohater Domu złego miał być zepsuty na wskroś. Grający go Arkadiusz Jakubik przekonał reżysera, by przydał tej postaci kilka pozytywnych rysów, by jako przybysz z daleka do bieszczadzkiej prowincji był nieco lepszy od otoczenia.

Udział w Wołyniu dla przynajmniej dwóch osób zakończył się poważnym przygnębieniem. Jakubik miewał nocne koszmary, dlatego, gdy z jego grafiku wypadł ostatni dzień zdjęć,  natychmiast wyjechał z planu („Pracujemy na prawdziwych emocjach, na otwartej ranie” – wyznaje). Montażysta Paweł Laskowski, gdy zobaczył inscenizację wołyńskiej masakry w kościele w Kisielinie, opuścił plan zdjęciowy z depresją. Reżyser debiutującą w Wołyniu Michalinę Łabacz nieustannie “podbijał”, by wywołać w niej skrajne emocje, ale jednocześnie – jak zapewniają rozmówcy – troszczył się o nią, czy nie chce odpocząć przed ujęciem.  

Aktorzy mają pasować do kreowanego świata. Kostiumolog Magdalena Rutkiewicz-Luterek tak mówi o ich doborze:

„Twarze u Wojtka nigdy nie są piękne. Musi się za to na nich coś dziać. Aktorzy, których potrzebuje, mają fizyczną skazę albo niepokój w oczach. Charakteryzuje ich jakaś przypadłość, przeżarty głos czy inteligentne oko. Jakieś pomieszanie płynące ze środka. Nie może być za to w nich zewnętrznego blichtru”.

Tę opinię potwierdza operator Piotr Sobociński Jr:

„Wojtek ma pewne zapędy turpistyczne. Nasza praca u niego nie polega na upiększaniu, ale przeciwne, na obrzydzaniu i oszpecaniu”.

Filmy Smarzowskiego wnikają w podświadomość, o czy pisałem w analizie Kleru. O czynionych w tym celu zabiegach na poziomie obrazu i montażu mówi operator Maciej Lisiecki:

„Działamy podprogowo. Dajemy widzowi informacje, ale nie do końca opisujemy. Działa to mocniej niż zatrzymanie czy zbliżenie i silniej niż epatowanie. W kinie Smarzowskiego czasem wystarczy znak, który trwa krótko, ale widz przyjmuje komunikat,  nawet go nie zauważając…”

Nie od rzeczy będzie zapytać, co dzieje się z widzami torturowanymi przez kino Smarzowskiego, jak wytłumaczyć, że tak chętnie oglądają jego filmy? Odpowiedzi na te pytania trzeba szukać przy innej okazji.

Marcin Rychcik, Kręcone siekierą. 9 seansów Smarzowskiego, Axis Mundi, Warszawa 2019.

Udostępnij:

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.