Bez uprzedzeń o „Zenku” [Recenzja]

Udostępnij:
Jakub Zając spisał się jako młody Zenek. Fot. materiały prasowe

W porównaniu z innymi polskimi masowymi komediami Zenek zaskakuje świeżym spojrzeniem na naszą codzienność oraz ciepłym komizmem. Dostarcza nawet ciekawej story, z czym wielu polskich filmowców ma problem. 

Na Zenka wybrałem się do kina nie z miłości do disco polo, ale z recenzenckiego obowiązku. Nadto z ciekawości, bo jak etnolog nie oceniam wycinków kulturowej rzeczywistości, nie wartościuję ich, ale analizuję i opisuję, łączę z innymi zjawiskami społecznymi, szukam w nich znaczeń. Wszystkie aspekty kultury masowej są dla kulturoznawcy jednakowo ważne.

Z dala od centrum

Po napisaniu tych kilku ogólnych zdań przystępuję do konkretów. Zenek powstał na podstawie książkowej biografii „Zenek Martyniuk – życie to są chwile” autorstwa samego zainteresowanego i Martyny Rokity. Co z tego wynika? Reżyserowi Janowi Hryniakowi i scenarzystce Marcie Hryniak łatwo można postawić zarzut, że odtwarzają wygodną dla Martyniuka wersję jego autobiografii. Reżyser mając tego świadomość zapewnia, że gwiazda disco polo nie ingerowała w scenariusz. Załóżmy, że tak było. Nie da się jednak ukryć, że powstał film w ostatecznym rozrachunku koloryzujący swojego bohatera, idealizujący go w hollywoodzkim stylu. Ale poczyniona obserwacja nie musi wcale przemawiać przeciw produkcji TVP. Wszak oglądamy historię chłopaka z podlaskiej wsi, który dzięki talentowi i pracowitości osiągnął niekłamany sukces, o jakim wielu „miastowych” może tylko pomarzyć. Cokolwiek byśmy myśleli o disco polo, Martyniuk zasłużył na swoją legendę. Druga moja konkluzja brzmi następująco (i tu pojawia się kolejny paradoks): film Hryniaków dlatego jest o niebo lepszy od wielu innych polskich komedii z dominującym prostactwem, że powstał z inspiracji historią z życia wziętą. Niechby nawet nieco ulepszoną na potrzeby masowej widowni, ale co z tego, skoro reżyserowi udało się uchwycić prawdziwy fragment Polski B, w jakiej się wychował bohater i wielu mu podobnych, Polski odleglej od warszawskich snobizmów.  

Słaby początek

Film nie od razu przemawia do wyobraźni widza. Początek zakotwiczony w koncercie 2003 roku w Ostródzie jest mało przekonywujący i zbyt pospiesznie zmontowany. Nie wiadomo dlaczego właśnie od tego punktu zaczyna się historia (dopiero później pada informacja, że był on przełomowy w życiu Martyniuków z powodu porwania ich syna Daniela). Ale po nijakim wstępie wypadki zaczynają biec nawet płynnie: fascynacje Zenka muzyką disco lat  80., próby naśladowania zachodnich idoli, Limala, grupy Smokie i innych, przyjaźń z cygańską dziewczyną Sylwią, pierwsze występy na weselach i sobotnich zabawach, ślub z Danką i narodziny syna, rosnąca popularność, problemy z mafią, aż wreszcie porwanie syna. Na ekranie wiele się dzieje. Przekonują obyczajowe scenki zabarwione lekkim humorem. Spisał się Jakub Zając jako młody Zenek, gorszą wersję dorosłego wokalisty stworzył niestety Krzysztof Czeczot.

Reżyserowi udało się oddać bazarowy i remizowy klimat lat 80. i 90. Bardzo ciekawie wyszły wątki przyjaźni Zenka i Sylwii i Cyganów z jej otoczenia. Wszystko wskazuje na to, że uczciwie zostały pokazane niuanse tych skomplikowanych relacji. Młody chłopak jest otwarty na inność, zarówno romską, jak i prawosławną (jego najbliższy kolega chodzi do cerkwi). I przez tę otwartość spotyka go jako gadzia niechęć ze strony kilku Romów. Zenka nie lubią też, ale z innych przyczyn, heavymetalowcy i punki. Jeśli komuś zatem brakuje głębszego zamysłu w filmie, warto poszukać go w tych właśnie wątkach.

 Pozytywnie zaskakują sekwencje fikcyjnego programu telewizyjnego o Zenku łączące się w jednej przestrzeni z „rzeczywistymi”, fabularnymi. Komentują główny nurt opowieści. Można jednak zadać pytanie, czy nie lepiej byłoby dla wymowy filmu, gdyby reżyser umieścił fabułę właśnie w tej telewizyjnej ramie. Przez to byłaby ona bardziej koherentna, podkreślałaby rolę telewizji w rozkwicie disco polo i w życiu fanów Zenka Martyniuka. Szkoda, że tak się nie stało. Brakuje też rozwinięcia wątku mafii żerującej na twórczości Zenka i jego grupy „Akcent”.

Film ociepla nasze spojrzenie na polską wieś i miasteczka, które z rzadka są obiektem zainteresowania filmowców, na pewno o wiele rzadziej niż w latach peerelu. W tamtych czasach  bohater plebejski godnie rywalizował z inteligenckim o popularność, a komedie w rodzaju Jak rozpętałem drugą wojnę światową i serii o Pawlakach i Kargulach były akceptowane przez większość widzów niezależnie od wykształcenia i miejsca zamieszkania. Dziś o polskiej prowincji mówią w zasadzie tylko seriale.  

Spojrzenie na drugiego człowieka

Wybierając się na Zenka należy pozbyć się uprzedzeń. Przypomina mi się pewna scena z filmu Zanussiego z 1969 roku Struktura kryształu, pokazująca dwóch inteligentów, jednego przyjezdnego, drugiego osiadłego na wsi, jak piją piwo w barze i jak gość z Warszawy wyraża się z poczuciem wyższości o miejscowych, na co jego kolega odpowiada, że wszystko zależy od tego, jak się patrzy na drugiego człowieka. I tego normalnego spojrzenia na innego człowieka życzę tym wszystkim, którzy obśmiewają i hejtują film o Martyniuku. Kilkadziesiąt lat temu nie były hejtowane pierwsze opowiadania Andrzeja Stasiuka o mieszkańcach popeegierowskich wsi w Beskidzie Niskim tak samo zapatrzonych w kolorowy zachodni bazar jak  bohaterowie Zenka, ale jakoś z zasady przegranych i zmarginalizowanych. Gdy tymczasem pojawia się historia kogoś, kto zbudował swoje życie w III RP w opozycji do preferowanych przez centrum mód i trendów, znalazł swoją formę wyrazu, owszem, kiczowatą, ale najważniejsze, że odnalazł się w niej, wzbiera niezrozumiała fala niechęci i szyderstw. Mnie taka postawa, najogólniej rzec biorąc, nie bierze.

Ocena: 3,5/6

Zenek, Polska 2020, biograficzny, muzyczny (120 min), reż. Jan Hryniak, scen. Marta Hryniak, w rolach głównych: Krzysztof Czeczot, Magdalena Berus, Jakub Zając, Klara Bielawka, dystr. TVP, w kinach od 14 lutego 2020.

Udostępnij:

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.