„Koło trzeciej przyszło Wyomingˮ. Młodzieńcza proza Tadeusza Korzeniewskiego

Udostępnij:

Czytam, czytam i naczytać się nie mogę. O czym mówię? O powieści Tadeusza Korzeniewskiego Do Wyoming (2013). Co w niej takiego jest, że zaczarowała mnie od pierwszej strony do końca, do reszty, że oczu nie mogę oderwać od gęstych linijek zdań, skromnych dialogów i prerii autorskich rozważań? Ano jej młodzieńczy, chuligański styl, twórcze posługiwanie się mową potoczną i internetową, burzenie polskiej składni, łobuzerskie poczucie humoru i pokaźny bagaż autoironii… Ależ się tego uzbierało.

Tadeusz Korzeniewski (rocznik 49) od lat przebywa na emigracji w USA, wyjechał z kraju w listopadzie 1981 roku, by nie być świadkiem, jak to przewidział w swoim debiucie W Polsce, upadku wielkiego ruchu o nazwie Solidarność. Najpierw we Francji, później w Ameryce Północnej imał się różnych zajęć, jednocześnie zaczął pisać w języku angielskim, korzystał z amerykańskich stypendiów, a w latach 1991-1998 odbył podróż życia przez środkowe stany Ameryki. Na końcu drogi było Seatlle (w tym mieście Korzeniewski mieszka do dziś) oraz długi proces pisania powieści. Jak zwierza się, Do Wyoming tworzył głównie w latach 2004- 2006, gdy poczuł, że jego podróż po amerykańskim interiorze fizycznie i duchowo dopełniła się, nabrała sensu, ale weszły do powieści i wcześniejsze, pisane po angielsku fragmenty z początkowego okresu bytowania Korzeniewskiego w nowym kraju. Tekst Do Wyoming jest więc notatnikiem, dziennikiem podróży, długo przepracowywanym, składnym ze słów znalezionych w amerykańsko-polskiej przestrzeni, słów slangowych, niezdarnych, połamanych, ale jakże energetycznych, żądnych życia i powiedzenia czegoś ważnego. Łakomych sensu. To literatura, która zrównuje się z życiem, z założenia jest autobiograficzna, pisana w pierwszej osobie, nie odróżniająca pisarza od literackiego bohatera. Nie przez przypadek Korzeniewski przyrównywany jest do Charlesa Bukowskiego czy nawet Bohumila Hrabala.

Mimo że podróż dawno się skończyła, na stronach panuje wieczny czas teraźniejszy, utrwalony tysiącami przebytych mil i galonami spalonego paliwa:

„Koło trzeciej przyszło Wyoming.

Krajobraz podobny z początku, potem na zachodzie pokazały się barki gór. Bighorny, pierwszy poważny łańcuch Skalistych.

[…]

Przed piątą miasteczko New Millstone zaczęło zapowiadać się na tablicach. Przyszło, zjechałem z międzystanowej, ćwierć mili lokalnym highwayem, otworzyła się dolina, jakieś pół tysiąca domów, klasyka. Highway niepostrzeżenie przeszedł w ulicę Główną, klasyka też. Główna kręci w lewo, prawo, jakby bez powodu. Musieli zacząć miasteczko wzdłuż szlaku bizonowego, nowe osady na prerii tak robiły, było łatwiej.

[…]

Prysznic, burger z frytkami w knajpce naprzeciwko, parę pintów w barze obok. Trochę hokeja na monitorze. Rzucam ćwierćdolarówkę na ramę stołu bilardowego i rozgrywam partię z dwoma lokalami i dziewczyną. Może zostać do poniedziałku, zapolować na fuchę. Posiedzieć tydzień. Miesiąc. Spróbować polubić tutaj.

Albo indziej gdzieś.”

Najlepsze w tej powieści jest chwytanie ulotnych chwil, odtwarzanie przeżytych sytuacji, spotkań z ludźmi, rozmów, rozdrabnianie wrażeń i obserwacji. Przekształcanie nudnej codzienności w wielki osobisty mit. Słowo na „mˮ nie jest na wyrost. Podróżnik spotyka się  z małomiasteczkowymi protestantami, próbuje zrozumieć ich religię i mentalność. Dochodzi do wniosku, że nadal przebywają w religijności z początków amerykańskiego osadnictwa, ich The Lord jest tu i teraz, pośród nich, a ich religia jest prosta; jak w latach dzieciństwa  przeżywają ją nieco naiwnie, a na pewno radośnie, w nielicznych grupach, bardzo blisko jeden drugiego, swoje życie wciąż wplatają w rytm czterech pór roku.

Korzeniewski posuwa się po szlakach Ameryki, by „mieć wolność i lepszą energię dla siebieˮ. Znamienne, że nie skierował się do Kalifornii, by tam łapać anioły, nie obrał  kierunku typowego dla wielu amerykańskich buntowników, beatników, dzieci kwiatów, nie zrobił tego, gdyż kontestuje współczesną liberalną Amerykę z uniwersyteckim multikulti i jankeskim, jak pisze, marksizmem. Współczesne kulturowe trendy zaprzeczają Naturze. Zdrowe objawy życia, co może zaszokować katolicką mentalność, znajduje wśród mormonów. Bo ci są wolni od nałogów, świetnie robią biznesy, a swoją religię wczepili w szmat ziemi w stanie Utah, wzięli ją w posiadanie, na własność, jak Bóg przykazał. Dla Korzeniewskiego liczy się cywilizacyjny konkret białego „eurskiegoˮ mieszkańca Ameryki, to co mu udało się osiągnąć i zbudować podczas podboju kontynentu, a nie postępowe mrzonki o wieloetnicznym, zrewolucjonizowanym seksualnie, bezkonfliktowym społeczeństwie.

Przejawy śmierci, prawdziwą ziemię jałową, Korzeniewski znalazł w pewnej klinice aborcyjnej, w której załapał się na jakąś fuchę. To jeden z najlepszych fragmentów Do Wyoming. Zaskoczył go brak żywych kolorów w wystroju, „genderowe niedopigmentowanieˮ wnętrz, „wytłumienie naturalnego kobiecego upodobania do barwnościˮ. Podobną martwotę zaobserwował w willi, w której mieszkała dyrektorka kliniki.

Książka Korzeniewskiego wymierzona jest właśnie w  takie cywilizacyjne obszary śmierci, co wielu może się nie podobać. Niektórzy z zasady ją odrzucą, nazwą „kibolskąˮ, „faszystowskąˮ, „szowinistycznie męskąˮ. Tyle że rynek idei otwarty jest dla każdego, także dla Tadeusza Korzeniewskiego, nikogo z powierzchni  ziemi nie wolno zmiatać tylko dlatego, że myśli inaczej niż reszta. Polski pisarz myśli i tworzy po swojemu, i ma do tego zupełne prawo, tym bardziej, że trudno znaleźć na jego stronach nawet krztę nienawiści do kogokolwiek, co najwyżej sporą dawkę sarkazmu, inteligentnego szyderstwa i ironii. A Wyoming za jakiś czas doczeka się kontynuacji. Nowa powieść, nad którą pisarz właśnie pracuje, już ma tytuł ˗ Seattle ˗ i zamknie cykl zapoczątkowany przez W Polsce. Jest więcej niż pewne, że Seattle poruszy wiele czytelniczych sumień.

Tadeusz Korzeniewski, Do Wyoming, Wydawnictwo 2 Kolory, Warszawa 2013

Udostępnij:

Leave a Reply