„Boże ciało” boli i oczyszcza [Recenzja]

Udostępnij:
Bartosz Bielenia jako fałszywy ksiądz.
Fot. materiały prasowe/ Kino Świat

 Jan Komasa nie popełnił błędu Wojtka Smarzowskiego w Klerze. Nie nakręcił politycznej agitki, nie rani psychiki odbiorców dla samego ranienia, tylko w celu oczyszczenia. Działa uzdrawiająco.

Wejście na ekrany kin Bożego ciała poprzedziło niecierpliwe oczekiwanie związane z pytaniem, co też cudowne dziecko polskiej kinematografii, jakim jest bez wątpienia  38-letni twórca, zaproponuje po psychodelicznej Sali samobójców i eksplodującym wizualnymi efektami Mieście 44? Ciekawość pobudzał jeszcze intrygujący tytuł i jedno streszczające fabułę zdanie: film inspirowany prawdziwymi wydarzeniami o młodym mężczyźnie udającym księdza.

Wato było czekać. Seans jest gęsty od emocji, balansuje na krawędzi bluźnierczej prowokacji i oczyszczającej grupowej terapii, nikogo nie pozostawia obojętnym, nie tylko osób przywiązanych do katolicyzmu, ale i niewierzących.

Zdjęcia kręcono w Jaśliskach w Beskidzie Dukielskim. Mimo to podczas seansu wieje nie karpacki, a preriowy wiatr. Dlaczego? Bo główny motyw odsyła do amerykańskich westernów i kina kontrkultury: do odległego miasteczka przybywa obcy, nieznajomy, który zaczyna „mieszać” w lokalnej społeczności. Burzyć utrwalone schematy myślenia i działania. Przybyszem jest były wychowanek poprawczaka. Za murami imponował mu ksiądz. Teraz zakłada sutannę, o czym zawsze marzył, i odprawia msze w zastępstwie nieobecnego proboszcza. Ale nie czyni tego mechanicznie. Nowa sytuacja nie mniej go zaskakuje niż widzów.

Zaangażowanie Bartosza Bieleni do głównej roli okazało się strzałem w dziesiątkę. Aktor o chłopięcej twarzy przywodzi na myśl anioły, które fruwają pod sklepieniami naszych świątyń. Jest prowokująco niewinny. Ale to tylko złudzenie. Będąc socjopatą ma w sobie wiele bólu, mroku i brudu. Ale chce być czysty; mimo niekonwencjonalnego zachowania szuka w sobie i u innych odrobiny światła. Autor zdjęć Piotr Sobociński jr raz zanurza twarz aktora w niedoświetlonych planach, innym razem nieoczekiwanie wydobywa ją z cienia. Przeplata jasność z ciemnością.

Aktorzy drugiego planu z zapisanym na twarzach psychicznym bólem kontrastują z obliczem pseudo księdza. Wszyscy zamykają w sobie jakąś zagadkę, ranę, coś niewypowiedzianego, niewykrzyczanego, co próbuje wyciągnąć na wierzch przybysz z warszawskiego poprawczaka.

Premiera dzieła (słowo jak najbardziej na miejscu) odbywa się rok po premierze Kleru Smarzowskiego. Ale mimo pewnych podobieństw trudno porównywać oba filmy. Komasa, inaczej niż Smarzowski, przekracza tabu nie dla politycznego skandalu, ale by powiedzieć coś ważnego o naszym społeczeństwie. Że za bardzo zadomowiły się w nim strach, nieufność, agresja, kult alkoholu, a za mało w nim empatii i miłosierdzia. Komasa nie zamierza obalać chrześcijańskiego kodu kulturowego. Poddaje go jedynie ambitnej weryfikacji. Oczywiście robi to z pozycji profanum, jego film nie można nazwać religijnym, ale często dochodzi do wniosków bliskich chrześcijańskiej duchowości. Mówi przecież o tym, że prawdziwe, a nieudawane życie, polega na codziennej walce z demonami. Jej areną są umysł i ciało.

Ocena: 5/6

Boże ciało, Polska (2019), dramat (115 min), reż. Jan Komasa, scen. Mateusz Pacewicz, w rolach głównych: Bartosz Bielenia, Aleksandra Konieczna, Eliza Rycembel, dystr. Kino Świat, w kinach od 11 października 2019.

Udostępnij:

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.